Jesień nadeszła

A ja mam to gdzieś.

Wczoraj pluskałem się w jeziorze w Mrągowie – formalnie było jeszcze lato.

Skoro życie mnie tam rzuciło (w delegację) to grzech nie skorzystać.

Nawiązując do poprzedniego wpisu – bociany czarne zbierały się do odlotów dopiero pod koniec lata. Ale to już wiem z radia a nie z obserwacji…

W ostatnich dniach chodzi za mną dość znana piosenka, ale w nietypowym wykonaniu.

Bang Bang w wykonaniu The Government, jednego z pierwszych zespołów Davida Coverdale’a.

Dla kontrastu, ta sama piosenka w wykonaniu Vanilla Fudge. Piosenka ta sama, ale klimat zupełnie inny.

Pozdrawiam jesiennie.

Sejmik i deszcz

W piątek i sobotę byłem na Mazurach. W moim ulubionym Mrągowie. Pogoda była zmienna. Trochę słońca, trochę deszczu, trochę wiatru… itd.

Skoro pojechałem, to chciałem popływać na desce. W końcu celem moich wyjazdów jest windsurfing. I największe zdziwienie w sobotę. Temperatura ze 16-17 stopni. Pada deszcz i… nikogo na jeziorze. Ideał. Całe dla nas (była nas trójka). A deszcz? Co mi przeszkadza, skoro raz na jakiś czas wpadam do wody :-)

A jadąc na Mazury zobaczyłem pierwsze bocianie sejmiki. Śmiesznie to wyglądało. Stał jeden (jakby marszałek sejmiku) na podwyższeniu, np. na beli słomy a wokół chodziły czy też stały inne i „słuchały”. Wyglądało to tak, że bocian budzący największy respekt ustalał co i jak przed odlotem. Nie widać było objawów jakiejś nerwowości czy kłótni. Po prostu bociani sejmik. Oj, chciałoby się, żeby marszałek naszego Sejmu, szczególnie ten obecny, miał tyle szacunku dla posłów i wzbudzał choć tyle szacunku co wspomniany bocian. Ale chyba się nie da. Ktoś będący na smyczy, nie może budzić szacunku.

Pozdrawiam

Pamiętamy

kotica

1 sierpnia 1944.

Pamiętamy!

Dziękujemy!

Szanujemy!

Nie narzucamy się!

Podły kłamca

Wszyscy wiedzą kto…

Czytałem komentarze w sieci.

Ciekawe czym zaszantażował Powstańców, że ulegli, choćby częściowo? Zaszantażował staruszków na wózkach, chodzących o kulach, starych i zgarbionych. Dumny musi być z siebie.

Brzydzę się tym!

Pomysł

Czytam ostatnio o pomyśle odczytywania nazwisk ofiar katastrofy smoleńskiej przy każdej uroczystości państwowej.

Zastanawiam się w czyjej głowie zrodził się taki pomysł? Co temu przyświeca?

Jaki jest związek ofiar wypadku lotniczego z np. Poznańskim Czerwcem?

Ostatnio toczy się dyskusja na temat odczytywania listy nazwisk ofiar spod Smoleńska przy okazji 72 rocznicy Powstania Warszawskiego.

Czy nie można zostawić świętujących samym sobie? Mają swoje święto. Pozwólmy im uczcić swoich współtowarzyszy broni w godny sposób. W taki sposób w jaki chcą tego Powstańcy. Nie narzucajmy im siłą czegoś, co nie ma najmniejszego związku z Powstaniem Warszawskim.

Czyje chore ambicje stoją za takim pomysłem? Jaki jest cel takiego odczytywania? Odczytywania na siłę zawsze i wszędzie, bez względu na okoliczności.

Niedługo strach będzie urządzić imieniny, urodziny, wesele żeby nie było nakazu odczytywania listy smoleńskiej.

A poza tym. Czy w innych wypadkach lotniczych nie zginęli ludzie? Czy nie było katastrof morskich, lądowych? Dołączmy do tego absurdalnego pomysłu wszystkich nieżyjących, którzy nie zeszli śmiercią własną. I dołączmy taką listę do każdej uroczystości państwowej. Potrwa kilka dni. Tylko niech żaden z pomysłodawców takiego odczytywania nie schodzi ze swojego miejsca. Niech stoi z szacunkiem, nieruchomo i słucha.

A wracając do Powstania Warszawskiego. Dajmy staruszkom, którzy kiedyś gotowi byli swoje życie Polsce poświęcić, oddać po swojemu hołd nieżyjącym koleżankom i kolegom. Nie są im do tego potrzebni szaleńcy ze swoimi niedorzecznymi pomysłami i odczytywaniem zbędnych, w takim czasie i miejscu, list.

Pozdrawiam

 

PS. 25.07.2016

Jak można Powstańców ciągać po ministerstwach. To brak szacunku do ludzi starszych, często schorowanych. Poza wszystkim bohaterów. Czy korona by z głowy spadła jakby to minister się pofatygował do Powstańców skoro ma do Nich sprawę. Arogancja władzy. I przekonanie o swojej wyższości nad wszystkimi.

Niecały tydzień w pracy…

Od poniedziałku jestem w pracy. Po urlopie.

Mój stan można opisać tylko TAK.

Do normalnego rytmu pracy mi baaaardzo daleko.

Może kiedyś się uspokoję.

Dzień po dniu jestem coraz bardziej zmęczony… Niekoniecznie pracą.

Postanowiłem trochę wziąć się za siebie.

6:15 – poranny rozruch do 7:00 (jogging, trochę ćwiczeń)

18:00 – pływanie w jeziorze (mam taką możliwość) – czasowo tyle ile dam radę

19:30 – salka z przyrządami do ćwiczeń (minimum 30 minut)

Między tym wszystkim praca.

Na koniec dnia padam nieżywy.

Na razie to jedyny efekt wzmożonej aktywności fizycznej…

Pozdrawiam

L…

Zacząłem wakacje. Wyczekane. Wymarzone.

Ściągnąłem do Krynicy Morskiej i cieszę się latem.

Wieczorem w kawiarni usłyszałem ciekawy tekst.

Kelnerka do klienta odezwała się w te, mniej więcej, słowa:

„Pan chwilę zaczeka, kolega zrobi Panu loda” (wskazując na barmana)…

Ja bym nie chciał takiego loda…

Pozdrawiam

Marzenia

Warto je mieć. Wciąż marzę o różnych rzeczach.

Od wczoraj spełniam jedno z takich „odwiecznych”.

„Uczę się” grać na gitarze elektrycznej.

„Gram” w mieszkaniu. Ze wzmacniaczem. Bez słuchawek. To mój pierwszy raz… Nie mam pojęcia o grze na gitarze czy o zapisie nutowym. Na razie sąsiedzi nie protestują.

Pożyjemy zobaczymy.

Jestem marzycielem. Nie odmówię więc sobie dwóch piosenek, które kojarzą mi się z marzeniami.

Ozzy Osbourne – Dreamer

Maanam – Oprócz - ta piosenka ma, oprócz skojarzeń z marzeniami, dla mnie znaczenie sentymentalne. To były świetne wakacje…

Po namyśle dorzuciłbym jeszcze coś żywszego, bo czemu marzenia mają się kojarzyć z balladami. Powoli zaczynam myśleć o zbliżających się wakacjach, więc ostatnia piosenka do nich nawiązuje. Na swój sposób. Rammstein – Mein Land,

A wracając do nauki gry na gitarze. Na razie się nie zniechęcam, choć postępy są raczej baaardzo znikome. Z drugiej strony dopasowałem sobie długość pasa podtrzymującego gitarę… To już coś.

Pozdrawiam wszystkich marzycieli.

 

 

Zebrało się trochę

O wspomnianym w poprzednim wpisie wyjeździe do Brukseli już zapomniałem.

Nazbierało się za to sporo innych rzeczy. Rzeczy, które pochłaniają sporo mojej uwagi.

W pracy – debile.

Prywatnie – debile.

W polityce – debile

Na drodze, szosie – debile. Debile w samochodach, na rowerach, na motorach, piesi.

Ogólnie, czuję się osaczony przez debili.

Wszystko się jakoś tak pierdoli i nie wiem jak z tego wybrnąć. Silnie irytuje mnie wszystko wokół (żeby nie napisać, że wkurwia mnie).

Siedzę, piszę, słucham Niemena i mam świadomość, że z 1000 rzeczy powinienem zrobić, zamiast siedzieć i pisać. Mimo, że jest dość późno.

Do tego ciągle jestem zmęczony, bo postanowiłem po zimie trochę zadbać o siebie. Znowu jakieś przebieżki, trochę ćwiczeń na siłowni, trochę basenu. Żeby czasowo się wyrobić, od miesiąca wstaję prawie godzinę wcześniej. Kurwa!!! Ja lubię spać!!!

I taki się czuję ujebany tym wszystkim…

Dla relaksu słucham muzyki. Różnej.

Na dziś cztery niepasujące do siebie kawałki.

Rainbow – Stargazer - to nagranie „od zawsze” dobrze mi robiło. To może i teraz pomoże

Stanisław Grzesiuk – Apaszem Stasiek był - płyta z tą i podobnymi piosenkami Grzesiuka nie wychodzi z samochodowego odtwarzacza. Ot dla klimatu.

Therapy? – Diane – cover lepiej brzmiący od oryginału. Mocny tekst. Świetnie zagrane.

Pink Floyd – Corporal Clegg – bo dobrze mi robi słuchanie czegoś takiego.

Jak sobie popisałem, trochę mi ulżyło. Ale nie na długo. Rano mam spotkanie ze swoimi pracownikami. I, szczerze mówiąc, mam ochotę im jebnąć. Ot tak za całokształt.

Pozdrawiam

 

A miało byc tak pięknie…

O 6:30 (środek nocy) wyleciałem z Okęcia w Warszawie do Brukseli.

Na 5 minut przed lądowaniem, kilka minut po 8:00 pilot ogłosił, że są pewne „security reasons” i musimy polatać nad Brukselą jeszcze chwilę. Pomyślałem sobie, że mi się nie spieszy. Spotkanie mam od 10:00. Kupa czasu. Metrem 15 minut z lotniska.

Po rzeczonych 5 minutach z tych samych „security reasons” przekierowano nas do Liege. Tam pokwitłem sobie niecałą godzinę i, po sprawdzeniu wszystkich opcji, doszedłem do wniosku, że lot powrotny też mi się nie uda. Bilet mam z Brukseli.

Wziąłem taksówkę i pojechałem na Charleroi. Ktoś powie, że można było pociągiem. Można, ale nie po informacji o zamachu w metrze. Metro, pociąg. Tak samo słabo komponuje się z bombą.

I teraz kwitnę sobie na Charleroi. Samolot mam o 21:00. W domu będę koło północy. I gówno załatwiłem, bo te bomby w metrze wybuchły niedaleko centrum konferencyjnego, do którego miałem dojechać.

I skojarzył mi się tekst z Vabank II. Wycieczka do Zegrza… I kto to zrobił…?

Pozdrawiam, kwitnąc wiosennie na Charleroi