Archiwum dla Wrzesień, 2013

Spękałem

I w weekend nie pojechałem na Mazury, żeby otworzyć jesienny sezon windsurfingowy… Pogoda, a w zasadzie temperatura, mnie wystraszyła. Poniżej 10 stopni Celsjusza to jednak trochę mało. A i woda, w stosunku do poprzedniego weekendu, trochę wystygła. Pozostałem przy zamknięciu sezonu letniego w poprzednią sobotę :-)

Zamiast tego wybrałem, sobotnie, grzybobranie w mazowieckich lasach. Grzybów było ile kto chciał. Wróciłem wieczorem i przystąpiłem do planowego ich czyszczenia i suszenia. Zapach roznosił się po mieszkaniu niesamowity…

To wszystko w sobotę. Pogoda nie rozpieszczała. Nie było zbyt ciepło a do tego jeszcze nie było też słonecznie. Ale najważniejsze było wyrwanie się z miasta.

Niedziela to już inna bajka. Postanowiłem wyszaleć się w kuchni. Dla niejedzących mięsa… zupa warzywna. Mimo mojej niechęci do takich potraw wyszła całkiem niezła. Jak na zupę z wody i warzyw wyłącznie. Dla bardziej wymagających grillowane kacze piersi w rozmarynie, miodzie dwójniaku i soku z cytryny, podane z grillowanymi ćwiartkami kwaśnych jabłek. Rewelacja (nieskromnie dodał autor tej potrawy). Dla nielubiących drobiu, pieczona łopatka wieprzowa w purée z warzyw korzeniowych z tymiankiem. Paluchy lizać. Każdy mógł sobie wybrać to, co lub. A ja miałem wreszcie relaks w kuchni. Lubię się tak wyżyć przy gotowaniu. To odpręża prawie tak dobrze jak wypad na Mazury…

A w międzyczasie zabrałem rodzinę do pubu i na spacer. Pub Lolek na Polach Mokotowskich zawsze się sprawdza. A i pogoda w niedzielę dopisała. Przynajmniej w Warszawie.

Co innego w poniedziałek. Po raz pierwszy zastałem rano samochód pokryty… lodem. A to jeszcze wrzesień!!! Ale widać z silnymi w pływami października, albo nawet grudnia :-)

Do posta pasuje mi piosenka zespołu Rainbow pod tytułem I surrender. Tak, tematycznie, do tytułu…

Następnym razem wybiorę sobie taką opcję weekendową żeby, jednak, nie spękać.

Pozdrawiam

Greensleeves

To melodia, która wpadła mi kiedyś w ucho przy okazji słuchania płyty Blackmore’s Night, Shadow of the Moon. To było w 1997 roku. Usłyszałem ją wtedy w takim wykonaniu: Blackmore’s Night

Słuchałem tego, nie do końca wiedząc co to. Ot melodia się do mnie przyczepiła i tyle. Po jakimś czasie wylądowałem w filharmonii na koncercie jakiegoś chóru muzyki dawnej. I… usłyszałem to samo. W trochę innej wersji. Mniej więcej takiej (nie jest to identyczne wykonanie, bo nie pamiętam nazwy chóru): The Choir of New College.

A potem się zaczęło. Co to jest? Czyje to jest? Znalazłem w wikipedii. Dla chętnych: link. Podaję wersję polską, ale angielska jest o wiele ciekawsza i pełniejsza.

I ostatecznie jak to ja. Zacząłem szukać innych wykonań. Oto próbki moich poszukiwań:

Jethro Tull – klasyka sama dla siebie

The Scorpions (ale to inni Scorpions niż myślicie)

i inne w podobnym klimacie The Lords – zespół z Niemiec (wtedy Zachodnich)

John Coltrane – taka jazzowa wariacja na temat

Lynyrd Skynyrd – nietypowe wykonanie jak na ten zespół

I trochę dla odmiany Król Rock’n’Rolla. Ale pod zmienionym tytułem. Elvis Presley – Stay away – żywcem zapożyczone z oryginału, choć słowa i główny motyw mogą mylić.

Jeffrey L. Meyer – wykonanie organowe

Steve Lukather & Friends – ciekawe wykonanie

I na koniec wykonanie na… dudach.

Nie wiem czy jeden utwór może budzić aż tyle emocji i pobudzać do takich wykopalisk? Na moim przykładzie widać, że może.
Dla mnie to po prostu piękna melodia, która broni się w każdym wykonaniu. Nawet najdziwniejszym.
Mam nadzieję, że każdy znajdzie jakieś odpowiadające wykonanie, albo zachęci się do samodzielnych poszukiwań. Warto. Ja bym posłuchał czegoś na Hammondach. I nie byłbym sobą jakbym nie poszukał. Trochę na jazzowo, ale zaje…fajnie. Jimmy Smith.

Brakuje mi jeszcze czegoś też na Hammondach, ale w typowo rockowym wydaniu. Może coś znajdę? A może mnie wspomożecie?

Może i mam lekkiego pierdolca, ale cóż, to chyba nie jest groźne dla otoczenia?

Pozdrawiam

Pamiętnik mikropodróżnika

Wraz ze zbliżającą się jesienią zmuszony będę ograniczyć swoje wyjazdy. Będąc od nich „uzależniony” zmienię, po prostu, ich skalę na mikro.

Oto przykładowy wpis z mikropodróży:

Podróż pierwsza. Godzina 7:03:

Poszedłem do kuchni, odkręciłem kran. Woda nie była zbyt ciepła. Zostawiłem odkręcony kran, niech woda spłynie z rur, może będzie cieplejsza. Podszedłem do okna (oj, ze 2.5 metra). Spociłem się jak mysz. Ciepło. Przykręciłem kaloryfer. Wróciłem do kranu. Woda jakby trochę cieplejsza. Wziąłem gąbkę, polałem Ludwikiem i zacząłem myć brudny talerz. Zaschnięty keczup nie chciał się zmyć. Cholera. Trzeba było go umyć tydzień temu! Woda się zdecydowanie ociepliła. Zwiększyłem wypływ zimnej, żeby sobie rąk nie poparzyć. Keczup powoli zaczął znikać z talerza. Następnie sztućce. Z tymi poszło już łatwiej. Lejąca się woda rozmiękczyła zaschnięty brud. Zakręciłem kran. Umyte rzeczy odłożyłem na suszarkę. Wycieranie to niepotrzebny wydatek energii. Poszedłem do pokoju. Kolejne 4 metry. Otarłem pot z czoła. Taka podróż to już ponad moje siły. Jakiś 1 może 2 metry to tak, ale aż 4!!! Toż to prawie maraton. Ja nie mam takiej kondycji. Całkowicie osłabiony wysiłkiem opadłem na fotel. Resztką sił wziąłem pilota i włączyłem telewizor. Z wyczerpania usnąłem w połowie filmu. Koniec pierwszej podróży…

Jako ilustrację muzyczną proponuję Stationary traveller grupy Camel. Pasuje idealnie.

Pozdrawiam

…boję się napisać prawdziwy tytuł…

Znowu o ostatnim weekendzie będzie. Między innymi.

Skoro to był ostatni letni weekend, postanowiłem go spędzić… letnio.

Pojechałem, w sobotę, na Mazury. Popływałem na desce. Wiatr miałem nawet trochę zbyt silny, jak na moje umiejętności. Kilka razy wiatr pokazał mi gdzie moje miejsce. Wylądowałem w wodzie. Ale do przystani dopłynąłem na żaglu i dziarsko wpłynąłem między pomosty i przybiłem do brzegu. Kto nie był w Mrągowie i tego nie widział niech żałuje :-)

Potem zostało już tylko popływać wpław. Frajda ogromna, choć wodzie brakowało już kilku stopni do zapewnienia pełnego komfortu :-) Warto było, choć przez czas jakiś lekko mną telepało. No tak, dwie godziny na desce, w mokrej piance, a potem jeszcze prawie pół godziny wpław. Ale sezon letni zakończyłem uczciwie. Teraz już pozostało… otworzyć sezon jesienny. Co planuję w najbliższy weekend. Chyba, że przymrozki przyjdą.

W sobotę wieczorem byłem z powrotem w Warszawie. W drodze powrotnej zebrałem jeszcze trochę grzybów.

W  niedzielę okazało się, że żonie niezbędnie potrzebny jest jakiś ciuch. Pojechaliśmy zatem do galerii handlowej. I na miejscu okazało się, że dysponujemy tylko jednym telefonem komórkowym. Moim. Żeby uniknąć poszukiwania przez głośniki i biuro obsługi klienta umówiliśmy się, że żona sobie chodzi po sklepach a ja czekam w empiku. I tak czekałem, czekałem, czekałem… aż nazbierałem sobie kilka płyt. Jakbym czekał dłużej znalazłbym pewnie więcej.

Oto moje najnowsze trofea muzyczne. Trochę z różnych bajek, ale pasują mi. Z każdej płyty wybrałem dwie piosenki. Trochę na chybił trafił bo zdążyłem posłuchać kaźdej z płyt tylko raz.

Tarja i płyta Colours in the dark

Victim of ritual

Until silence

Haydamaky i płyta No more peace. Ukraiński punkowo folkowy zespół.

Lito (Літо)

Ace of spades (niestety w wersji koncertowej, bo w studyjnej nie znalazłem)

Farben Lehre i płyta Farbenheit

Terrorystan

Farbenheit

Gary Moore i płyta We want Moore! Przez długie lata nie mogłem dostać CD, a kaseta już nie działa… Wreszcie znalazłem płytę i od razu kupiłem.

Murder in the skies

Victims of the future

Na płycie jest bonus. Jest to piosenka Parisienne walkaways. Tu wykonywana wspólnie, ze śpiewającym, Phillem Lynottem.

Kult i płyta Prosto. Czekałem na tą płytę i jak wyszła nie miałem kiedy kupić… Udało się dopiero w niedzielę.

Twoje słowo jest prawdą

Moja myszko

Black Sabbath i płyta 13

God is dead?

Live forever

Nagrania ze wszystkich płyt wybrałem prawie przypadkowo. Wyjątkiem jest Terrorystan Farben Lehre i piosenki Gary Moore’a.

Cieszą mnie te nabytki. A mam je… dzięki żonie i jej zakupom oraz zapominalstwie (brak komórki). Czasem takie drobiazgi przyczyniają się do wzbogacenia płytoteki :-)

Pozdrawiam

Znalezisko

Dostałem polecenie uporządkowania domowej szafki ze starociami. Zabrałem się do roboty i wykopałem stare listy, stare wiersze. Wiersze swoje własne i pisane dla mnie…

To jakaś prehistoria. Nie pamiętałem nawet, że one jeszcze gdzieś są. Znalazłem też swój pamiętnik, który próbowałem pisać. Znalazłem wspomnienie dawno zapomnianej miłości.

I co ja mam z tymi szpargałami zrobić? Z tymi wszystkimi wierszami, z listami, ze swoimi zapiskami?

Nie mam pojęcia.

Z jednej strony to życie, które dawno już minęło. Z drugiej strony to wspomnienia, które stanęły przed oczami jakby to było wczoraj.

Pomyślę zasłuchany w piosenki, które przywołują te wspomnienia jeszcze bardziej.

Chris de Burgh – Lady in red

Marillion – Kayleigh

Alphaville – Forever young

Zasłuchałem się… W muzyce, która gdzieś uleciała i nie słucham jej na co dzień…

Lepiej nie robić porządków i nie znajdować takich rzeczy. Albo ich, po prostu, nie przechowywać. Stało się jednak inaczej. Przechowałem je przez wiele lat. Przetrwały w ukryciu i zapomnieniu chyba ze 4 przeprowadzki. I właśnie je odnalazłem…

Pozdrawiam

Nie przepadam za amerykańską muzyką

Uważam, że ciekawszą, z mojego punktu widzenia, muzykę znajdę u wykonawców europejskich. I tych słucham przede wszystkim. Z Polski, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Ukrainy, Rosji, czasem bardziej egzotycznej. Bardziej mi odpowiada i już,

Czasem robię, jednak, wyjątki. I takie wyjątki naszły mnie właśnie teraz. Nie ma ich zbyt wiele, ale zawsze…

Po kolei zatem wybrane nagrania amerykańskich wykonawców.

The Hooters – Johnny B

Kiss – I was made for lovin’ you

Red Hot Chili Peppers – Otherside

Electric Six – Gay bar

Bloodhound Gang – The Bad Touch

The Offspring – Self esteem

I na koniec coś ze staroci – Grand Faunk Railroad – Inside looking out.

Jak się dobrze poszpera w pamięci i w internecie, to nawet amerykańscy wykonawcy dają się słuchać. Choć nie wszyscy.

Na tym tle niech zabrzmią dwa europejskie zespoły.

Omega i ich nieśmiertelna piosenka Gyöngyhajú Lány.

I na deser Rammstein w nietypowym, jak na siebie, wykonaniu Mein Herz brennt.

Miłego słuchania albo… do następnego posta.

Pozdrawiam

Poweekendowo, po raz któryś tam…

To pierwszy weekend tego lata (tak, tak, wciąż lata), w który nie pojechałem na Mazury. Jakoś pogoda mnie nie zachęcała. Sobotę spędziłem więc w domu na pracach… domowych. Czasem tak trzeba. Chociaż nie jest to szczyt moich marzeń.

W niedzielę bryknąłem za miasto. Na działkę. Zaplanowałem sobie pójść do lasu na grzyby. I nie udało się… Na działce było tyle grzybów, że nigdzie nie poszedłem. Wyzbierałem te z działki i miałem ich wystarczająco dużo. Całe popołudnie obierania i, potem, suszenie… Będzie jak znalazł na zimę.

Jadąc z Warszawy na działkę widziałem opuszczającą miasto, drogą nr 7 kolumnę policji. Chyba z 50, albo i więcej, samochodów wielkości Mercedesa Sprintera. I to była, tylko, część większej całości dla zabepieczenia „pokojowych” manifestacji związkowych. A w Krakowie boją się wyjść na ulicę. Tak jest niebezpiecznie. Przynajmniej tak podano w radiu w programie informacyjnym. To może tam się bardziej policja przyda… A nie do pilnowania jakichś demonstracji.

Podsumowując, weekend z gatunku takich sobie… Ostatnie tygodnie to aktywny wypoczynek. A ostatni to… takie nie wiadomo co. Tyle mojego, co słonecznej pogody sobie zażyłem w niedzielę. Muszę się powoli zacząć przestawiać na jesienne spędzanie czasu…

A dziś? Dziś jest 17 września. Rocznica napaści sowietów na Polskę w 1939. Pisałem o tym rok temu. Nie będę się więc powtarzał. Chociaż silnie irytuje mnie ten temat. Dla zainteresowanych link zamieszczam TU. Przejrzałem z samego rana portale internetowe – onet.pl, wp.pl, gazeta.pl i… nie znalazłem ani jednej wzmianki o tym zdarzeniu. Może utrata niepodległości i sporej części powierzchni (nigdy zresztą nie odzyskanej) nie jest warta wzmianki na tych portalach?

Muzycznie The Strangler w piosence Golden Brown i Men at Work w piosence Down Under. Jakoś mi pasują obie na dziś, choć sam  nie wiem dlaczego…

Pozdrawiam

Wiejskie klimaty

Chociaż bardziej pasuje tytuł – wiejskie powietrze.

Wieś kojarzy się ze świeżym powietrzem. Podobno. I do tego, świeżego powietrza, chciałbym nawiązać.

Koniec lata i wczesna jesień, to wylew wszelkiej maści gnojowicy i rozrzut obornika na pola. Być może, jako mieszczuch, użyłem niewłaściwej terminologii. Ale, wjeżdżając w strefę rozlewu lub rozrzutu nie mam wątpliwości, że terminologia nie jest ważna. Zadaję sobie wtedy pytanie. Czyżbym się zesrał nieświadomie…? Smród niemiłosierny. Wiosna też potrafi zaskoczyć podobnymi zapachami. Widać obornik i gnojowica są (podobnie jak zboża) ozime i jare… :-)

Późna jesień, zima i wczesna wiosna to, z kolei, moda na zapach palonych butelek, gumy, śmieci i innych nadających się do spalenia rzeczy. Niekoniecznie gazu czy węgla. Wjazd na wieś lub do małego miasteczka, to jak wjazd do komory gazowej… Z kominów unosi się, a raczej snuje przy ziemi, dym ciężki, duszący, w kolorze żółto-szarym. Widać, że sporo wysiłku włożono, aby osiągnąć taką kombinację jego gęstości, zapachu i koloru.

Kiedy, zatem, mamy do czynienia z powietrzem wiejskim, kojarzonym z opowieściami dziadków (jedź na wieś i odetchnij świeżym powietrzem, zwykli mawiać)? Ano w krótkim czasie między (wg moich obserwacji) majem i żniwami. Wtedy na wsiach powietrze jest… wiejskie :-) Takie pachnące roślinnością, kwiatami i… pryzmami obornika przygotowywanymi na wczesnojesienny rozrzut :-)

Muzycznie zilustruję notkę piosenką w wykonaniu Tymona & Transistors – Wieś Jak Malowanie.

Pozdrawiam

A nie było miejsca pod Grunwaldem?

Szykują się kolejne demostracje i blokada Warszawy. A nie było miejsca pod Grunwaldem??? Pola długie i szerokie. Przynajmniej nikomu by nie przeszkadzali, nie utrudniali życia normalnym ludziom. Co komu, kurwa, wadzą Warszawiacy, że wszyscy muszą tu protestować? Nie ma innych miast i wsi w Polsce?

A poza tym nasuwa mi się kilka prostych pytań, na które raczej nie dostanę prostych odpowiedzi. Więc udzielę ich sam sobie.

Kto płaci za przejazdy z całej Polski do Warszawy? MY WSZYSCY

Kto płaci za ich absencję w pracy? MY WSZYSCY

Kto pracuje za blokujących Warszawę, odpracowuje niewykonaną przez nich pracę? MY WSZYSCY

Kto…?

A jakby doszli do władzy to byłoby inaczej niż w tej piosence?

Pozdrawiam

Zrywka

Zerwałem się wczoraj z pracy. Bo miało wiać i postanowiłem skorzystać z tego faktu i popływać na desce.

Jak postanowiłem tak zrobiłem. 7:00 start z Warszawy. Po drodze, za Przasnyszem, widziałem niedobitka bociana. Stał jak ostatnia sierota na polu. Sam jeden. Bocianów nie widuję już od dwóch tygodni, więc ten pewnie zaspał…

A na Mazurach pięknie. 25 stopni, piękne słońce i wiatr. Żyć nie umierać. Po dwugodzinnym pływaniu na desce (z kilkoma wpadnięciami do wody), trochę pływania wpław. Potem obiad i chwila odpoczynku w kawiarni. A potem już jazda do pracy. Na Kujawy. Dojechałem na miejsce po 19:00 w strugach deszczu. A taki był piękny dzień…

Do tej zrywki z pracy skłonił mnie… sobotni wypad na Mazury. Było pięknie, ciepło, słonecznie, ale słabo wiało. I wiac miało właśnie w poniedziałek. Z zachowaniem resztek letniej pogody. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji :-)

A przy okazji. Odkryłem w Mrągowie bar mleczny „Przecinek”. Przy Małym Rynku. Polecam każdemu. Wybór dań dla każdego, ceny w strefie stanów niskich (czasem średnich). Obsługa… ujmująco miła. Super miejsce. I wystrój nie jak z baru „Apis” pokazanego w filmie „Miś”. Po obiedzie najlepiej udać się do kawiarni „Igloo” przy ulicy Ratuszowej. Od baru, w linii prostej, ze 200 metrów. Warto. Fajne miejsce z klimatem. I miłą obsługą.

Aha. Woda w jeziorze wciąż jeszcze ciepła. Pewnie z 18 stopni. Da się popływać i nie szczypie w stopy jak się na desce płynie. Ale stygnie w widoczny sposób. Najlepiej widać to rano. Paruje i tworzy się mgła nad samą wodą.

Pozdrawiam