A ja nie miałem czasu. Wstałem w środku nocy i ruszyłem przed się. Na południe Polski. Ale zanim ruszyłem (z Warszawy) to do niej musiałem dotrzeć.

W piątek, dość okrężną drogą, jechałem. Między Lipnem a Włocławkiem zobaczyłem na latarni… bociana. Taka ostatnia pierdoła. Nie odleciał i teraz ma problem. Stał na tej latarni na jednej nodze i wyglądał jakby na samolot czekał… Dobrze, że ludzie pomagają takim sierotom bożym przetrwać. Bo październik to on jeszcze przeżyje, ale później to już czarno widzę.

Weekend bez większych spięć. Poza nabyciem sznytów na rękach. Tak się kończy czyszczenie rynien połączone z zabawą z psem. Jedno drapie i drugie też :-) Teraz wyglądam jakbym się przez dżunglę przedzierał. Albo jakbym się pochlastał… Tylko jakoś tak fantazyjnie i nierówno :-)

Jak wspomniałem, poniedziałki powinny być na odespanie weekendu. Nawet tak leniwego jak mój ostatni. Ale nie zawsze się da. Ustaliłem, zatem, że się nie dało. Ruszyłem zatem w podróż lekko przysypiając. Ale spoko. Nikogo nie rozjechałem. Chyba… :-)

Jadąc samochodem trzeba się czasem zatrzymać. O paliwie nie wspominam, bo to oczywiste. Pozostają więc postoje fizjologiczne. Jedzenie, picie i na odwrót. I z tym na odwrót coś mi się dziś skojarzyło. W wielu publicznych toaletach, coraz częściej, spotykam automatyczne czujniki włączające światło. Genialne. Nie ma ryzyka, że zapomni się wyłączyć i będzie się palić bez sensu kosztując jedynie coraz więcej. I tu się pojawia kruczek. Taki paragraf 22… Światło włączają czujniki ruchu. A jak człowiek zastygnie…??? To co wtedy? Ma sikać, albo coś poważniejszego tańcząc??? Po raz pierwszy doświadczyłem czegoś takiego kilka lat temu w Wiśle. Jakież było moje zdziwienie, kiedy światło zgasło a czunik nie reagował bo… było ciemno. On działał i włączał światło jak otwarte były drzwi wejściowe i wyczuwał ruch. A potem trzeba było się pogodzić z ciemnościami albo tańczyć zanim światło zgasło. Taki tańczący z sedesami :-) I dziś trafiłem na taki sam przybytek. Na szczęście zdążyłem…

Ostatecznie los przygnał mnie do Parczewa. Takie miasteczko na Podlasiu. Po drodze, już po ciemku, natrafiłem na roje owadów. Ciem jakichś chyba. Jak chrabąszcze w maju. Tak ich dużo było. Chyba ocieplenie na nie podziałało. Bo jadąc z Warszawy przez Kraków do Parczewa miałem bardziej wiosenną niż jesienną pogodę. I tu już, po zakotwiczeniu w hotelu, siły mnie opuściły i zamierzam udać się na zasłużony spoczynek połączony z odsypianiem. Oczywiście jak tylko skończę pisać :-)

Muzycznie prześladują mnie dziś dwie piosenki. Nie mogę się od nich uwolnić. Obie nawiązują do wina…

Peter Bardens – Sweet honey wine

Ville Valo i Natalia Avelon – Summer wine (tu trzeba przetrwać dość długą reklamę, ale warto).

Przypięły się i bez znalezienia, wysłuchania, wklejenia tu, nie chciały dać spokoju. Spełniłem, więc ich żądania… :-)

Trochę chaotyczny ten post wyszedł. Ale piszę go niedospany po weekendzie :-)

Pozdrawiam