Do napisania tej krótkiej notki natchnęło mnie wspomnienie.

Kilka lat temu zmarła moja siostra. To się zdarza. Paliła, nie chodziła do lekarzy. Po prostu stało się i nie o tym chcę pisać.

Dostała wylewu w domu. Znalazła ją jej córka. Wezwała karetkę, która żywą, choć nieprzytomną siostrę, zabrała do szpitala. Przy przyjęciu do szpitala spisano personalia z dowodu osobistego i potwierdzono te personalia oświadczeniem jej córki. Następnego dnia siostra zmarła bez odzyskania przytomności. I wtedy wezwano jej córkę i mnie do… identyfikacji zwłok!!! No kurwa mać! Zapisuje się do szpitala osobę z imieniem, nazwiskiem, peselem, adresem zamieszkania i jeszcze kilkoma szczegółami, a umiera NN??? I muszę zidentyfikować osobę pozszywaną po sekcji jak Frankenstein… Wkurwiłem się wtedy okrutnie. Na to jebane podejście. I dziś jak o tym piszę to mnie nosi.

Czy to była ofiara wypadku, trzęsienia ziemi czy bezdomny znaleziony pod mostem??? Nie! Skąd zatem taka popierdolona praktyka? Może ktoś wie?

Dziś bez muzyki, bo nic sensownego mi nie przychodzi do głowy.

Pozdrawiam