Zaczynam swój dzień zdecydowanie za wcześnie. Za wcześnie, patrząc na swój zegar biologiczny.

Gdyby nie codzienne obowiązki, spałbym co najmniej 2-3 godziny dłużej. Ale nie mogę.

Wstaję więc rano. I rozpoczynam snucie się po mieszkaniu.

Włączam sobie telewizor. Buczy sobie na boku.

Po czynnościach higienicznych przychodzi pora na śniadanie. A tu telewizor atakuje… upławami. Czasem dorzuci jakieś remedium na sraczkę.

K… nie przy jedzeniu…

Śniadanie mija. Spadam do pracy. W pracy nie mam telewizora, obiadu. Czasem coś przetrącę, w tzw. międzyczasie.

Wracam. Próbuję zjeść obiad. Jako brzęczyk gra telewizor. Przy pierwszych kęsach informują mnie jak pozbyć się biegunki. Czasem dołożą coś o wzdęciach i gazach…

K… Jeść się odechciewa…

Wieczorem siadam do kolacji. Brzęczyk telewizyjny informuje mnie, że na… problemy z zaparciami też coś ma. Czasem przypomni o upławach.

K… Nie przy jedzeniu.

I tak przez cały dzień, o różnych porach, telewizja próbuje obrzydzać mi jedzenie.

I z tego, specyficznego dość, punktu widzenia, dziwi mnie, dlaczego reklamy np. piwa są emitowane z takimi ograniczeniami, a wspomniane przeze mnie – w dowolnych porach. Głownie posiłków…

Muzycznie dostosuję się do tematyki i obrzydzania sobie i innym posiłków. Dr. Huckenbush w piosence… Luźny stolec.

Pozdrawiam