Majowy długi weekend to dla mnie okazja do pobycia z rodziną.

Postanowiłem przygotować kolację. Nic wyszukanego, ale „tymi ręcami”.

Jajka z koreczkami anchois.

Z jajkami poszło gładko. Ugotowane do odpowiedniego stopnia twardości.

Anchois skryte były w małej puszce z oczkiem do otwierania.

Otworzyłem ciągnąc prawą ręką za oczko i lewą trzymając maleńką puszeczkę. Puszeczka była mała, nieco śliska i się wysunęła z dłoni.

Oderwane już wieczko gładko przemknęło po lewej dłoni. Na szczęście usunąłem dłoń znad jedzenia bo byłoby nieco krwiste. Piękne, precyzyjne cięcie między kciukiem i palcem wskazującym uświadomiło mi i obserwującym bliskim, że w człowieku płynie krew…

Pięknie przyozdobiłem podłogę i wszystko po drodze do kuchni, bo gnany jakąś wewnętrzna potrzebą uznałem, że tam powinienem się udać.

Odmówiłem wyjazdu na szycie. Jak chcą mnie szyć to proszę bardzo. W domu. Jedyne skojarzenie to Doctor, Doctor…

I tak od kilku dni noszę elegancki opatrunek na dłoni. Najgorzej, że sam musze go zmieniać… Jedną ręką trzymaj gazę, drugą przylep plaster, trzecią odetnij jego nadmiar… A mam tylko jedną wolną.

No cóż. Z gotowania i zajęć kulinarnych nie zrezygnuję. Anchois będę kupował w słoiczkach :-)

Pozdrawiam