Takie luźne skojarzenie z ostatnich dni.

Zacznę od gówna. Bo dosłownie o nie chodzi.

Jako, że do pracy mam daleko, w kategoriach dojazdów nawet całkiem sporo bo ponad 200 kilometrów, czasem musze się zatrzymać. W celach wiadomych. Wymiana płynów, rozprostowanie kości.

Przy takiej pogodzie i takim wysypie grzybów zjechałem ostatnio z głównej szosy i wjechałem w leśną drogę. Zatrzymałem się. I, poza czynnościami, których nie będę opisywał, ruszyłem na grzyby, Ale nie tak z koszem, wiadrem, czy inną torbą. Po prostu ot, przejść się po lesie i znaleźć może kilka grzybów. Te były, jako że jesień dopisała w tym względzie. Jedno czym nie pasowałem do tegoż lasu to mój strój. Biała koszula, garniturowe spodnie i adekwatne obuwie. Po kilku minutach stwierdziłem, że wystarczy. Grzybów i tak jest dużo (zapełniłem jedyną posiadaną reklamówkę) i czas ruszać. I tu czas na gówno! Równomiernie pokrywające jeden z butów. Drepcząc po lesie upaprałem drugi but i spodnie do pół łydki. No usiąść i płakać. Buty oczyściłem na tyle, na ile się dało, zdjąłem i zmieniłem na inne. Na szczęście miałem. Spodnie… Zużyłem 3 butelki wody mineralnej i cały zapas jakichś szmat zalegających w samochodzie. Jakoś wyglądały, choć niezbyt świeżo. W samochodzie dało się wyczuć specyficzny „zapach” roztartego wodą gówna. W domu wiadomo. Buty do generalnego czyszczenia, spodnie do prania. Ale grzyby zostały. Na zakończenie „luźno” związana z tematem piosenka zespołu Dr. Huckenbush.

Gówno już było. Teraz czas na francuski. Chodzi o język. Od dwóch dni jestem we Francji i nie mogę wyjść z podziwu jak oni mogą tak nie znać języków obcych. Chodzi mi o ludzi, którzy pracują w miejscach, w których język obcy przydałby się i ułatwił życie. Na przykład barmanka na lotnisku. Tylko po francusku. Dwóch taksówkarzy. Tylko po francusku (dobrze, że sobie napisałem na kartce adresy). Jeden z nich całą drogę zabawiał mnie rozmową :-) Ze 25 minut opowiadał coś. Nie do końca wiem co. Z kontekstu (o ile mogę to tak ująć) żalił się na przepisy taksówkowe we Francji, a może chwalił te przepisy. Ale coś o przepisach z pewnością było. Mój „francuski” jest baaardzo ograniczony. Ale i tak lepszy niż angielski czy niemiecki przeciętnego Francuza.

No nic. Kwitnę na lotnisku w Paryżu, jest więc szansa, że za niedługi czas moje problemy językowe się skończą. Wieczorem będę w Warszawie!

Pozdrawiam