Leslie Warszawski

Ten użytkownik nie wpisał jeszcze żadnych informacji o sobie.


Wpisy Leslie Warszawski

Dobra zmiana

Pajacyk za kukiełkę…

Powróciłem

Wróciłem.

Ostatnie trzy tygodnie jeździłem po Polsce i nie tylko.

Delektowałem się czeską i słowacką kuchnią. W każdej knajpie zamawiałem zupę czosnkową – jako badanie porównawcze.

Końcówkę ostatniego tygodnia spędziłem w Budapeszcie. Miasto jak miasto, ale ten ich język… Do nijakiego innego niepodobny. W hotelu, na szczęście, rozmawiali po angielsku. W knajpach też. Ale już w sklepach prowadziłem nierówną walkę ze sprzedawcami a w sklepach samoobsługowych uchodziłem za skrzyżowanie niemowy z idiotą. Płacąc kartą uniknąłem przykrego rozpoznawania nieznanych mi banknotów (przy cenach za byle co w setkach lub tysiącach nie przewiduję monet). Szwendając się w środowy wieczór po Budapeszcie zobaczyłem plakat (po węgiersku) informujący o koncercie z okazji 55 lat występów na scenie zespołu Omega. Z tego wszystkiego zrozumiałem „Omega”, „55″ i „28.12.2017″. Reszta to moja interpretacja. Myślę jednak, że prawdziwa.

Widziałem na YT cały koncert zagrany przez Omegę 5 lat temu z okazji 50-tej rocznicy występów. Zajebisty. Mimo, że znam tylko ze 2 lub 3 ich piosenki (w tym tą jedną najbardziej rozpoznawalną) to koncert obejrzałem w całości. Miodzio.

Dla pokazania fenomenu klasyka. Gyöngyhajú lany z 2012 z koncertu jubileuszowego. Wspaniałe wykonanie.

Ale nie tylko szwendać się po Budapeszcie pojechałem. Poza nudnymi zajęciami (w końcu byłem w pracy…) byłem też w jakiejś odjechanej knajpie. Niedaleko takiej wielkiej karuzeli albo czegoś w stylu diabelskiego młyna). Knajpa droga, na szczęście nie ja płaciłem :-) Gościom przygrywała kapela w składzie: cymbalista, kontrabasista i skrzypek. Z ciekawości przejrzałem źródła i doszedłem do wniosku, ze cymbały były huculskie. Ale może się mylę.

Kapela grała, ludzi w knajpie była ze setka. Hałas taki, że własnych myśli nie było słychać. I nagle w tym całym chaosie rozpoznałem graną melodię. Hej sokoły! Nie znalazłem niczego pasującego, więc nie będę zamieszczać.

W planie miałem przywieźć Tokaj. Bo skąd jeśli nie z Węgier. Jednak zamiast Tokaju przywiozłem grypę. Dochodzę do siebie. Powoli.

I na zakończenie taka sobie przeróbka dość ponurej pieśni zespołu Rammstein. Mutter. Mnie powaliła. Słuchać warto od mniej więcej 1 minuty. Miłego słuchania.

Pozdrawiam

Długo się wahałem

Ale coś, jednak, pękło.

Jak już wspominałem, ten blog miał być wolny od polityki. Ale nie mogę się powstrzymać od kilku komentarzy do naszej codzienności, do której nachalnie pcha się polityka.

Lekarze rezydenci i ich strajk. Nie jestem rezydentem, lekarzem ani nikim związanym ze służbą zdrowia. Chyba jedynie jako pacjent.

Usłyszałem ostatnio wypowiedź niejakiego Karczewskiego na temat lekarzy rezydentów. Jak można być takim hipokrytą? Dla idei można pracować przy zarobkach Karczewskiego. Poniżej pewnej kwoty, ważniejsza staje się „micha”. Piramidy Maslowa nie odwrócimy dla przyjemności jakiegoś Karczewskiego.

Kolejnym tematem, który mnie zirytował była odmowa wszczęcia śledztwa przeciwko posłowi Kaczyńskiemu za atak na posłów. Uzasadnienie prokuratury świadczy jednoznacznie o sterowaniu. Ręcznym sterowaniu. A to już powrót do najciemniejszych czasów głębokiej komuny. Wtedy sekretarze partyjni (na różnych szczeblach władzy) podawali wyroki i rozwiązania spraw „niezawisłym” sądom i prokuratorom. Nie sądziłem, że doczekam powrotu takich czasów. Ale z tej decyzji prokuratury można wyciągnąć jeden wniosek. Jeśli będę chciał kogoś obrazić, to wystarczy, że swoją wypowiedź skieruję w jego stronę w liczbie mnogiej. Nawet stojąc tak blisko rozmówcy, że poczuje mój oddech na twarzy. I nic nikomu do tego, bo nie obrażę jego tylko jakiś nieokreślony ogół. Wystarczy stanąć przed biurem poselskim pis w Sierpcu (przejeżdżam tamtędy czasami). Jest w jednym budynku z jakimś sklepem i innymi biurami. I na całe gardło wywrzeszczeć stek inwektyw wprost w okno biura. Ale nie personalnie. I co? I nic. Idąc za wykładnią związaną ze sprawą posła Kaczyńskiego – mogą mnie pocałować w dupę.

A już szczytem bezczelności jest pozew posłanki Pawłowiczówny przeciw Jerzemu Owsiakowi. Mam wrażenie, że chce doprowadzić do tego, że sterowana prokuratura doprowadzi do skazania Owsiaka (w sumie za niewinną wypowiedź) i uwali WOŚP. I tak to bywa. A z drugiej strony nie przypominam sobie jakiejkolwiek wypowiedzi posłanki Pawłowiczówny, która nie byłaby pełna jadu, nienawiści i ataków na rozmówcę. Cóż, tak już ma. A reprezentuje partię niosącą Boga i miłość bliźniego na sztandarach. Nie wiem jak to zestawić z jadem w wypowiedziach pisowskich posłów.

Stare powiedzenie mówi (piszę ogólnie, żeby nie było, że personalizuję) - ”Nie zaczynaj dyskusji z idiotą. Sprowadzi cię do swego poziomu i pokona doświadczeniem.”

Autorstwo przypisuje się Markowi Twainowi. Miał chłop rację.

Dla odreagowania piosenka.

Pozdrawiam

I znowu ktoś odszedł…

Właśnie przeczytałem, że zmarł Tom Petty. To kolejny muzyk, który odszedł w ciągu ostatnich miesięcy.

Może wielkim fanem nie byłem, ale pamiętam doskonale kilka jego piosenek.

Najbardziej utkwiła mi w pamięci Mary Jane’s Last Dance. Warto oglądać do ostatnich sekund.

Pozdrawiam

 

 

Gówno, po francusku…

Takie luźne skojarzenie z ostatnich dni.

Zacznę od gówna. Bo dosłownie o nie chodzi.

Jako, że do pracy mam daleko, w kategoriach dojazdów nawet całkiem sporo bo ponad 200 kilometrów, czasem musze się zatrzymać. W celach wiadomych. Wymiana płynów, rozprostowanie kości.

Przy takiej pogodzie i takim wysypie grzybów zjechałem ostatnio z głównej szosy i wjechałem w leśną drogę. Zatrzymałem się. I, poza czynnościami, których nie będę opisywał, ruszyłem na grzyby, Ale nie tak z koszem, wiadrem, czy inną torbą. Po prostu ot, przejść się po lesie i znaleźć może kilka grzybów. Te były, jako że jesień dopisała w tym względzie. Jedno czym nie pasowałem do tegoż lasu to mój strój. Biała koszula, garniturowe spodnie i adekwatne obuwie. Po kilku minutach stwierdziłem, że wystarczy. Grzybów i tak jest dużo (zapełniłem jedyną posiadaną reklamówkę) i czas ruszać. I tu czas na gówno! Równomiernie pokrywające jeden z butów. Drepcząc po lesie upaprałem drugi but i spodnie do pół łydki. No usiąść i płakać. Buty oczyściłem na tyle, na ile się dało, zdjąłem i zmieniłem na inne. Na szczęście miałem. Spodnie… Zużyłem 3 butelki wody mineralnej i cały zapas jakichś szmat zalegających w samochodzie. Jakoś wyglądały, choć niezbyt świeżo. W samochodzie dało się wyczuć specyficzny „zapach” roztartego wodą gówna. W domu wiadomo. Buty do generalnego czyszczenia, spodnie do prania. Ale grzyby zostały. Na zakończenie „luźno” związana z tematem piosenka zespołu Dr. Huckenbush.

Gówno już było. Teraz czas na francuski. Chodzi o język. Od dwóch dni jestem we Francji i nie mogę wyjść z podziwu jak oni mogą tak nie znać języków obcych. Chodzi mi o ludzi, którzy pracują w miejscach, w których język obcy przydałby się i ułatwił życie. Na przykład barmanka na lotnisku. Tylko po francusku. Dwóch taksówkarzy. Tylko po francusku (dobrze, że sobie napisałem na kartce adresy). Jeden z nich całą drogę zabawiał mnie rozmową :-) Ze 25 minut opowiadał coś. Nie do końca wiem co. Z kontekstu (o ile mogę to tak ująć) żalił się na przepisy taksówkowe we Francji, a może chwalił te przepisy. Ale coś o przepisach z pewnością było. Mój „francuski” jest baaardzo ograniczony. Ale i tak lepszy niż angielski czy niemiecki przeciętnego Francuza.

No nic. Kwitnę na lotnisku w Paryżu, jest więc szansa, że za niedługi czas moje problemy językowe się skończą. Wieczorem będę w Warszawie!

Pozdrawiam

Pre

Dziś na temat, który pojawia się w przestrzeni publicznej co jakiś czas. Szczególnie w okresie wzmożonej aktywności tematów pro-  lub antyaborcyjnych.

Chodzi o badania prenatalne. Dla jednych to badanie przed usunięciem ciąży (takie opinie słyszałem) dla innych badanie jak wiele innych.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że spotkałem się ze skutkiem tych badań. Nie, nie ja byłem badany. Koleżanka z pracy zaszła w ciążę. Wspólnie z partnerem planowali to od kilku miesięcy. Po jakimś czasie, nagle, zniknęła z pracy. Chyba po trzech miesiącach ciąży. Co się okazało? W badaniach wyszły jakieś wady dziecka. A i ona sama poczuła się źle. I co dalej? Ano walczy jak lwica, żeby wyleczyć noszone dziecko i poprawić swój stan zdrowia.

Nie widzę więc związku między badaniami prenatalnymi a przerywaniem ciąży. Dzięki TYM badaniom, ta, konkretna osoba, ma szansę na wyleczenie swojego nienarodzonego dziecka. Bez TYCH badań urodziłoby się chore, z uszkodzeniami lub wadami. Dzięki TYM badaniom, ma szansę urodzić się zdrowe.

Czego im życzę.

Pozdrawiam

Pamięć i szacunek

Podobny obraz

Dziś rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Opinii o tym zdarzeniu jest wiele. Im mniej osób pamiętających samo Powstanie, tym więcej „mądrali” wiedzących lepiej jak było. Mój ojciec był Powstańcem. Od niego wiem jak było tam, gdzie walczył. I to mi wystarczy.

Chciałbym tylko, aby na uroczystościach uszanowano ostatnich żyjących uczestników Powstania. Odczytano apel poległych. Bez apelu smoleńskiego. Jaki jest związek między ofiarami Powstania a ofiarami wypadku lotniczego?

I nie dorabiajmy do Powstania Warszawskiego niepotrzebnej ideologii. To nikomu nie służy.

Uszanujmy zryw Polaków, Warszawiaków, Powstańców. Uszanujmy ich ofiarę. Choćby w taki sposób.

A czy to wszystko miało sens czy nie? To niech już sobie każdy rozpatrzy w swoim sumieniu.

Pozdrawiam

Parę garści po urlopie

Urlop był, ale się skończył. Próbuję zachować dobry nastrój i aktywność rozpoczętą na urlopie.

Ale parę garści to nie tylko o urlopie.

Wczoraj wieczorem dotarła do mnie informacja o samobójstwie Chestera Benningtona. Wokalisty Linkin’ Park. Wielkim fanem zespołu nie byłem i nie jestem. Uważam jednak, że dorobili się kilku, naprawdę, dobrych piosenek. Mi w pamięci zapadła szczególnie jedna. What I’ve Done. Genialna piosenka i przerażający teledysk.

Dwa miesiące temu odszedł Chris Cornell. Też popełniając samobójstwo. Czy to jakaś plaga…? Dla przypomnienia jedna z jego ostatnich piosenek. The Promise.

Dość ponurych klimatów. Choć wciąż pozostaję przy klimatach muzycznych.

Stałem się ostatnio szczęśliwym posiadaczem kilku płyt. I tak po kolei.

Me and That Man płyta zatytułowana Songs of Love and Death. Prawie nie wychodzi z odtwarzacza w samochodzie. Jako reprezentant piosenka Cross My Heart And Hope To Die.

Kolejna płyta to najnowsze wydawnictwo Rogera Watersa pod wiele znaczącym tytułem Is This the Life We Really Want? Dla mnie brzmi jak kombinacja pomysłów z The Dark Side of the Moon i The Wall Pink Floyd oraz solowego pomysłu Watersa, Radio KAOS. Ale słucha się przyjemnie. Z tej płyty piosenka Wait for Her.

Kolejna płyta to najnowsza produkcja dziadków hard rocka, Deep Purple. Słuchając płyty inFinite mam mieszane uczucia. Nie powala mnie, ale jest we mnie sentyment do zespołu i słucham jej. Z tej płyty utwór All I Got Is You. Może po kolejnym przesłuchania płyty przekonam się do niej bardziej. Na razie przesłuchałem 2 razy i wystarczy.

Ostatnim nabytkiem jest płyta zespołu IQ zatytułowana The Wake. Świetne wydawnictwo progresywnego rocka lat 80-tych. Z tej płyty piosenka o francuskojęzycznym tytule Dans le parc du chateau noir.

Poza tym słucham głównie Motörhead. Ze szczególnym upodobaniem do piosenki Going to Brazil. We trzech robili tyle rock’n'rollowego hałasu…

Na koniec nawiązanie do ostatniej, żenującej, sytuacji politycznej. Jedyne co mi przychodzi do głowy to TILT, Nie wierzę politykom.

Na dziś tyle.

Pozdrawiam

 

A miało być tak pięknie…

Majowy długi weekend to dla mnie okazja do pobycia z rodziną.

Postanowiłem przygotować kolację. Nic wyszukanego, ale „tymi ręcami”.

Jajka z koreczkami anchois.

Z jajkami poszło gładko. Ugotowane do odpowiedniego stopnia twardości.

Anchois skryte były w małej puszce z oczkiem do otwierania.

Otworzyłem ciągnąc prawą ręką za oczko i lewą trzymając maleńką puszeczkę. Puszeczka była mała, nieco śliska i się wysunęła z dłoni.

Oderwane już wieczko gładko przemknęło po lewej dłoni. Na szczęście usunąłem dłoń znad jedzenia bo byłoby nieco krwiste. Piękne, precyzyjne cięcie między kciukiem i palcem wskazującym uświadomiło mi i obserwującym bliskim, że w człowieku płynie krew…

Pięknie przyozdobiłem podłogę i wszystko po drodze do kuchni, bo gnany jakąś wewnętrzna potrzebą uznałem, że tam powinienem się udać.

Odmówiłem wyjazdu na szycie. Jak chcą mnie szyć to proszę bardzo. W domu. Jedyne skojarzenie to Doctor, Doctor…

I tak od kilku dni noszę elegancki opatrunek na dłoni. Najgorzej, że sam musze go zmieniać… Jedną ręką trzymaj gazę, drugą przylep plaster, trzecią odetnij jego nadmiar… A mam tylko jedną wolną.

No cóż. Z gotowania i zajęć kulinarnych nie zrezygnuję. Anchois będę kupował w słoiczkach :-)

Pozdrawiam

Po raz pierwszy

Jaka jest piosenka, którą jako pierwszą zapamiętałem? Chodzi mi o piosenkę inną niż przedszkolna czy tez szkolna z lekcji śpiewu. Żadne Mazowsze czy też Zespół Reprezentacyjny Wojska Polskiego. Piosenkę tzw. popularną. Z radia.

I tu mam zagwozdkę.

Może to Thin Lizzy i ich Whiskey in the jar?

Może to Resonance  i O.K.Chicago?

A może Jethro Tull i Thick as a brick?

Może Paper Lace – The night Chicago died (to już druga piosenka z Chicago w tym zestawieniu!)?

Może Vanilla Fudge – You Keep Me Hangin’ On?

Może Grand Funk Railroad – Inside Looking Out?

Sam już nie wiem. Dziś moje muzyczne upodobania wiele się nie zmieniły. Lubię każdą muzykę, która mi się podoba :-) Nawet TAKĄ lub TAKĄ.

Pozdrawiam z pięknego miasta Olomouc