Parę garści

Bo dziś  nie będzie spójnej tematycznie notki. Tylko, takie właśnie, parę garści. Trochę tego, trochę owego.

Garść pierwsza – działkowa.

Spędziłem część weekedu na działce. Przy okazji poznałem „bliżej” sąsiadów. Po części nowych po części nie. To jedna rodzina, tylko pokolenie nowe dorosło do działkowania. Z tym, że słowo „dorosło” jest na BARDZO DUŻY wyrost.

Zaczęło się od słownej napaści, że liście i żołędzie lecą im na działkę. A dąb po naszej stronie rośnie. Toć to las. Coś rośnie po naszej stronie coś po ich. Ale sąsiedzi wystąpili z życzeniem zamówienia dla nich firmy zewnętrznej, która posprząta to wszystko. Liście i żołędzie. OK. Leci z naszej strony. Spada na ich działkę. Niech będzie moja krzywda. Jak będzie u nas ktoś wiosną sprzątać to obleci i u nich. Srał ich pies. Ale jak oni z „prośbą” to i ja też. Czy mogliby nie palić ognisk? Bo to jednak jest las. Iglasty, z pojedynczymi drzewami liściastymi. W ciągu ostatnich 10 lat były juz trzy pożary. NIE. Nie mogą nie palić ognisk. Na argument, że jest to, poza totalnym brakiem zdrowego rozsądku i odpowiedzialności, sprzeczne z prawem, oddaliły się (bo do rozmowy przyszły tylko dwie panie). Za jakiś czas „podszedł” do płotu facet. Na oko menel spod budki z piwem na 2 promilach. I zaczyna się awanturować, że ja mu… rodzinę straszę! I on, kurwa, na to nie pozwoli. Zionął swoimi promilami na mnie, dla podkreślenia wagi słów.

Na co, kurwa, nie pozwoli? Na zwrócenie uwagi o niebezpieczeństwie palenia ognia w lesie? Doszłoby pewnie do rękoczynów (był moment, że zaatakował mnie sekatorem), ale obaliła go stoickim spokojem moja córka. Zadała mu kilka prostych, niewinnych pytań i tępak zdębiał. A mnie wyprowadził z równowagi, więc ze mną raczej na pięści by poszło.

I tak sobie myślę. Może zamiast im sprzątać te żołędzie i liście posadzić jeszcze parę dębów… A może klonów? Mają świetnie ścielące się liście. I latające noski przez całą jesień :-)

Garść druga – litewska.

Rzuciło mnie dziś na Litwę. Przejechałem od granicy w Budzisku przez (może raczej obok) Mariampol, Kowno i wylądowałem w Poniewieżu. Mimi, że sporo miejscowości ma nazwy znane, choćby z Trylogii Sienkiewicza, tylko ze zmienioną na litewską pisownią, to nie o tym chciałem. Jechałem sobie tak od rana z Warszawy, przez Białystok, Augustów, Suwałki i potem przez Litwę. I jedna rzecz zwróciła moją uwagę. Na Litwie, praktycznie, nie ma bocianów. Jadąc przez Polskę widać zasiedlone gniazda, widać „pasące się” na łąkach bociany, latające nad polami. Na Litwie widziałem (a przejechałem ponad 200 km), tylko 2 (słownie dwa) gniazda. Jedno przy samej granicy z Polską (chyba siłą rozpędu), a drugie gdzieś za Kownem, w pobliżu drogi na Kiejdany. Żadnych bocianów na polach czy łąkach. Żadnych w powietrzu. Nie potrafię odpowiedzieć dlaczego tak się dzieje. Skąd taka różnica? Byłem kilka lat temu na Białorusi. Tam bocianów tyle co u nas. A na Litwie, praktycznie, brak…

Garść trzecia – o pedałach.

Tych od rowerów. I używających je rowerzystów, cyklistów, czy jak tam sobie siebie jeszcze chcą nazywać. Do powrotu, po raz kolejny, do tego tematu skłoniło mnie ostatnie doświadczenie. Po wąskim chodniku (tak około 1 metra) popyla… wycieczka rowerowa. Jakieś panienki, około 20 lat w liczbie około 15-20. Jadą i… dzwonią na pieszych. Noż kurwa mać. A ulica obok. Co strach obleciał? Bo kart rowerowych nie mają? Bo przepisów nie znają? I wieczne tłumaczenie rowerzystów. Bo ja inaczej nie mogę jechać, bo nie ma innego dojazdu. Kurwa. Jak kierowca nie dojazdu to… nie jedzie. Jak ma zakaz. To nie jedzie. Ale operatorzy pedałów nie. Oni jadą tam, gdzie nie wolno, tak jak nie wolno i w dupie mają wszystkich innych. Po przejściu dla pieszych przejeżdżają. I nie to mnie tak irytuje (choć też trochę) bo nie ja wpadnę pod samochód, ale tempo z jakim na te pasy wpadają! Nawet uważny kierowca może takiemu debilowi przypierdolić. I co? I wina… rowerzysty. Takie przypadki już były. Ale pies srał winę. Krzywda większa stanie się raczej rowerzyście. Chyba, że w kategorii traumy rozpatrywać. Po rozjechaniu trutnia. Na pasach. To taki silnie irytujący mnie temat, stąd troszkę okraszony barwniejszym słownictwem.

I garść czwarta – ostatnia. Muzyczna.

Coś na poprawę humoru. Obejrzałem cały festiwal w Opolu. Z mieszanymi uczuciami. Część wykonawców i piosenek przyjąłem jako coś ciekawego, a część nie. Chyba jak zwykle. I chyba jak każdy. I przypadło mi do gustu wykonanie piosenki „Szklana pogoda” przez Annę Wyszkoni. Nigdy za nią nie przepadałem (Anną Wyszkoni). Ale zaśpiewała fajnie, z klimatem. Nie ma tej wersji jeszcze w sieci (przynajmniej nie udało mi się znaleźć). Ale jak się pojawi zamieszczę, na pewno. A dziś inna piosenka Lombardu. Znowu radio. Z płyty Live.

Pozdrawiam

Pomoc dla domu dziecka

Jest taka akcja, że twórcy przekazują swoje prace (z tego co wiem akcja dotyczy książek). Są one licytowane a środki przekazywane dla ZESPOŁU PLACÓWEK OPIEKUŃCZO – WYCHOWAWCZYCH w Górcu 21, 57-100 Strzelin

Kiedyś na swoim blogu polecałem taką mało męską lekturę. I ta lektura jest na tej aukcji wystawiona. Z dedykacją i autografem autorki. Akcja piękna, więc może warto pomóc, a przy okazji przeczytać coś nieznanego? A jednak wciągającego…

Pozdrawiam i zapraszam do aukcji.

Miasta, miasteczka i wsie

Miasta, miasteczka i wsie. Co je łączy, a co dzieli?

Nasuwają mi się dość dziwne skojarzenia.

Wychowałem się, dorosłem i większość życia spędziłem w dużym (bardzo dużym jak na polskie warunki) mieście. Nadal spędzam tam weekendy i prawie każdą wolną chwilę. Dni robocze spędzam w miasteczku. Niewielkim. Na wsiach bywam.

Zacznę od cech miasteczek. Przynajmniej tych mi znanych.

Patrząc z dość specyficznej perspektywy dochodzę do wniosku, że życie w takich miejscowościach potrafi dokopać. Przeciętnemu mieszkańcowi.

5 dni w tygodniu spędzam w miasteczku na Kujawach. Jak wspomniałem, wielkie ono nie jest. Pracuję. Korzystam ze sklepów, szewca, pralni, apteki i czegoś tam pewnie jeszcze.

I tu pojawia się pierwsze „ale”. Sklepy oraz wszelkiej maści punkty usługowe, otwarte są od… 8:00 do 16:00. Czasem (najbliższy fryzjer) od 9:00 do 16:00. Dla kogo? Jeśli ktoś pracuje to jak ma się ostrzyc, naprawić buty? A zakupy? Lokalne sklepy zamyka się tu o 17:00 lub 18:00. Dłużej działają sieciowe dyskonty (Tesco, Lidl, Biedronka). Kiedyś zadałem pytanie szewcowi. Kiedy mają naprawiać buty ludzie, którzy pracują? Skoro on ma zakład czynny od 9:00 do 16:00 to jak ma naprawić buty ktoś pracujący od 8:00 do 16:00? Szewc, niewzruszony, stwierdził, że… w sobotę. To samo zakład okulistyczny. Okulary tylko dla emerytów i rencistów. Pralnia też. A ja wychodzę z pracy najwcześniej o 17:00 a częściej sporo później. I co?

W dużym mieście jednak łatwiej. Więcej sklepów i punktów usługowych, niekoniecznie w galeriach, można znaleźć otwartych do 19:00 a nawet 20:00. Ostrzyc się można nawet później.

Dlaczego, zatem, ludzie w małych miejscowościach narzekają, ale robią wszystko, by wypiąć się dupą do klienta? Pytanie jest retoryczne. Ludzka bezmyślność krąży nieznanymi drogami.

W mojej rodzinnej Warszawie, w takim podejściu, brylują niesieciowe punkty usługowe (zegarmistrze, choćby na Złotej, krawcy, szewcy) i prywatne warsztaty samochodowe. Godziny pracy 8:00-16:00. Bo to zwykłe godziny pracy. A klienci… niech się z pracy urwą.

Stąd kwitną sieciowe warsztaty samochodowe i… sieciowe wszystko. Z usług niektórych można korzystać nawet przez cały tydzień.

A wsie? Wsie, według moich doświadczeń, plasuję się między miastami i miasteczkami. Sklepy są otwarte raczej długo. Nawet dziwnie długo (do ostatniego pijącego piwo). Ale punkty usługowe raczej nie istnieją. Zegarmistrz, fryzjer, szewc to egzotyka, która jeśli już występuje, to na warunkach małomiasteczkowych (do 15:00-16:00).

Muzycznie, zakończę dwoma piosenkami, które męczą mnie od pewnego czasu.

Kazik – Mars napada

Bimber Poland – Gdy wybije dzwon

Wracając do sklepów, punktów usługowych i warsztatów wszelkiej maści, irytują mnie silnie, żeby dosadniej nie powiedzieć, narzekania ich właścicieli. Przy absolutnym braku elastyczności w podejściu do potencjalnych klientów. Niech pomyślą dla kogo mają te swoje biznesy. Bo czasem wydaje mi się, że dla swojej własnej wygody je otwierają.

Aha. To wszystko co napisałem to moje własne obserwacje i przemyślenia. Subiektywne, jak zwykle.

Pozdrawiam

Kontrowersyjny pocałunek (może zatruty)

Czyli amerykańska grupa KISS. Wbrew swoim deklaracjom składanym na poprzednim blogu (o wyższości rocka słowiańskiego nad amerykańskim) KISS lubię, choć tylko niektóre piosenki. Oto moi faworyci, w subiektywnym wyborze.

1. I was made for lovin’ you – balladka z niezłym wykopem

2. Detroit Rock City – sam niezły wykop. Dynamika mnie po prostu powala.

3. God of Thunder- ponure i monotonne. A jednak wpada w ucho.

4. I jeszcze raz to samo na żywo. Uwielbiam Gene Simmonsa za jego sceniczne wygłupy

5. X-Ray Eyes – uwielbiam wokal Simmonsa.

6. Beth – KISS ze śpiewającym perkusistą! Piękna ballada.

Na ostateczne pogrążenie mnie przez samego siebie wpłynie pewnie jeszcze dodatek Alice Cooper’a. Mam dwie jego ulubione piosenki.

1. School’s out – jeszcze z podstawówki. Zawsze wzbudzałem się na słowa: school’s out forever!!!

2. Poison – niewątpliwie trochę późniejsze. Może i pretensjonalne. Ale jakie zajebiste.

Z pełną świadomością przeszedłem dziś na stronę amerykańską. Czasem wracam do tego co mnie bawiło jakiś czas temu. Może jestem trochę sentymentalny? Może.

Pozdrawiam

Zapomniany album

Są takie płyty, których wydanie trafia na niewłaściwy moment.
Ostatnio skojarzenie takie miałem z „Who do we think we are” Deep Purple.
Płyta wydana w lutym 1973 nie miała szans na przyzwoite „ogranie” na żywo i wylansowanie nagrań. W praktyce jedyną pamiętaną piosenką jest „Woman from Tokyo”, ale to tylko dzięki „Made in Japan”. Została ona nagrana przed słynną trasą po Japonii w 1972 roku.
I kto dziś pamięta takie perełki jak „Mary long” czy „Smooth dancer”. Zresztą cała płyta nie odbiega stylem i jakością od tego co zespół nagrywał w poprzednich latach. Trochę zmodyfikowane brzmienie – każdy się jakoś zmienia, rozwija. Inny styl śpiewu Gillana? To też tylko ewolucja. Ale jako całość to bardzo dobra, hardrockowa płyta. Z bluesowymi wstawkami. I kto ją dziś pamięta? Statystycy, najbardziej zapamiętali miłośnicy zespołu, i kto jeszcze???
A płyta trafiła po prostu na koniec działalności MKII. Gillan i Glover odeszli w czerwcu 1973 roku i nowy skład nie grał już tych utworów. Nowy skład wydał i lansował „Burn”. Album skądinąd świetny, ale już bardziej odmienny stylistycznie. Natomiast „Who do we think we are” zapadła się gdzieś w niepamięć. I nieslusznie. Bo warto jej posłuchać. To świetne podsumowanie pierwszych czterech lat składu, uznanego następnie jako najlepszy dla tej grupy.

Dla przypomnienia:

Mary Long

Rat Bat Blue

Place in Line

Myślę, że takich przypadków jak „Who do we think we are” jest dużo więcej. Wychodzi płyta i, z różnych przyczyn, przepada. A nie chodzi wyłącznie o jakieś nieudane nagrania. Po prostu splot okoliczności powoduje, że po jej wydaniu po prostu brak jej zainteresowania (od samego wykonawcy, przez producenta, promotorów, po słuchaczy).
Jeśli macie takie przykłady to wpisujcie. Choćby po to, żeby te tytuły odkurzyć i poznać na nowo.
Pozdrawiam

Studencka wycieczka i dzisiejsze weekendy

Jakiś czas temu (przyjmijmy, że w poprzedniej epoce), razem ze swoją grupą z roku, wybraliśmy się na tzw. wyjazd naukowo-turystyczny. Cel turystyczny: hala Ornak, a konkretnie schronisko. Cel dydaktyczny do dziś niepoznany.
Po przejechaniu do Zakopanego jakimiś kombinowanymi pociągami następna podróż odbywała się PKSem. Szczegółów już nie pamiętam. Zresztą nie są one aż tak istotne. Wylądowaliśmy w schronisku na hali Ornak i mieliśmy pozostać tam jakiś tydzień. Był to tydzień przed Bożym Narodzeniem, więc ogólnie zimno. Szczerze powiem, że jako niemiłośnik gór pierwszy raz w życiu gościłem w takim miejscu.
Wrażenia mam do dziś mieszane. Z jednej strony towarzystwo, które rekompensowało wszelkie niedogodności, z drugiej rzeczone niedogodności. Na ten przykład woda w kranie. Tylko zimna. Raz była chyba ciepła. Światło o 21:30 wyłączano odgórnie. Dobrze, że mieliśmy kilka latarek.
Ale wyjazd jako taki wspominam jako bardzo sympatyczny. Towarzystwo się docierało (2 miesiące wspólnych studiów, bo to na pierwszym roku było). Jakoś wszyscy byli zadowoleni z podawanych cienkich zupek (w schronisku na obiady). Radość sprawiało nawet ulepienie bałwana (oficjalnie ulepiliśmy naszego opiekuna roku, który szczęśliwie nie dojechał). Całe dnie graliśmy w karty, łaziliśmy po górach (tych wszędzie było pełno), popijaliśmy co tam udało się kupić (nie tak jak dziś, że wybór przerasta często nasze wyobrażenie) i robiliśmy różne dziwne rzeczy. Generalnie tydzień ogólnego rozprzężenia i pełnej radości. I do tego bez zajęć, na koszt uczelni! No już lepiej się nie dało.
I tak sobie myślę, jako osoba już od dawna pracująca, w innej rzeczywistości niż w latach 80-tych, że ciężko dziś zebrać ekipę kilku lub kilkunastu osób, które ot tak beztrosko spędzą tydzień lub dwa albo choćby weekend. Nieważne gdzie – nad morzem, w górach, nad jeziorami, albo gdziekolwiek. Ale razem i w tym samym terminie. Przynajmniej w moim otoczeniu jest to praktycznie niewykonalne. A to obiadek u rodzinki, a to z dzieckiem trzeba gdzieś pójść, a to coś innego na przeszkodzie stanie. Zazdroszczę ludziom, którzy utrzymali takie kontakty po skończeniu szkoły czy uczelni i są w stanie wyjechać na wakacje, wypady weekendowe w zgranym, fajnym towarzystwie. Cały czas jestem dobrej myśli, że moim znajomym z czasów szkolnych i studenckich uda się jeszcze uaktywnić i uruchomić. A może jacyś nowi z pracy dołączą.
Trochę martwi mnie ogólna tendencja do zmiany formy spędzania wolnego czasu. Coraz więcej pracujemy a odpoczywamy w kręgielniach, kinach (multipleksach), galeriach handlowych, itp. To mnie martwi w zestawieniu  z beztroskim wyjazdem wspomnianym na początku notki. Wygląda na to, że poza nielicznymi wyjątkami, ludzie się zestarzeli (psychicznie).
Ale aby samemu się tak nie zestarzeć i nie zgnuśnieć, szukam i szukam coraz to nowych ciekawych ludzi, z którymi dalej można robić takie beztroskie wyjazdy i miło spędzać wolny czas.
Pozdrawiam

Ludzie dobrzy pozornie

Mówi się wiele o poszanowaniu pracy, przykładaniu się do obowiązków służbowych i ogólnie podejściu do pracodawcy, a szerzej do życia i swojego otoczenia.

Wiele się zmienia na korzyść. Ludzie szanują pracę, przykładają się do obowiązków, mają pomysły, są kreatywni (modne słowo) i tak dalej.
Ale zawsze trafią się jednostki, które mimo ogólnego trendu są niereformowalne lub po prostu jest z nimi coś nie tak.

W najbliższym otoczeniu miałem taką osobę. Do dziś.

Miły Pan, po pięćdziesiątce, odpowiedzialny za sprawy techniczne w fabryce. Ale nie w tym rzecz. Jego głównym problemem było kurczowe trzymanie się „sprawdzonych” dostawców (usługi, remonty, części zamienne). Znalezienie konkurencyjnych ofert przy dzisiejszym poziomie dostępności było zadaniem na miarę zdobycia Korony Ziemi. Terminy służyły głównie do tego, żeby po ich upływie tłumaczyć dlaczego nie zostały dotrzymane.

I nagle ten „biedny” Pan został ostatnio zwolniony z pracy. I co? Poczuł się potraktowany niesprawiedliwie, oszukany, wykorzystany, i wszystkie inne określenia o podobnym wydźwięku. Nie zrozumiał swoich błędów, a jedynie czuł ogromną krzywdę jaką mu wyrządzono. Nie sądzę żeby taka postawa miała podstawy w jego wieku. Myślę, że to cecha charakteru. Poruszać się tylko utartymi szlakami, współpracować ze sprawdzonymi kooperantami, myśleć cały czas tymi samymi schematami. Za nic nie chce szukać nowych rozwiązań, dokształcać się, poszerzać horyzonty. I wiek (jak wspomniałem powyżej 50 lat) nie ma tu nic do rzeczy. Tacy ludzie są między nami i nie bardzo wiemy jak sobie z nimi radzić.

W moim przypadku rada była prosta. Zwolniłem go z pracy. I mimo merytorycznego uzasadnienia takiej decyzji czuję pewien niesmak. Ten gość opuszczał firmę z poczuciem tak potwornej krzywdy, że miało się ochotę go pogłaskać po głowie i uspokoić. Po przeprowadzonej z nim rozmowie rozumiał jeszcze mniej. Jego konkluzja była jedna: ja się zapracowuję i zostaję za to zwolniony. Nie widział (i pewnie dalej nie widzi) swoich niedociągnięć, nie słyszał ostrzeżeń wysyłanych od dłuższego czasu. Miał (i pewnie dalej ma) swój własny świat, w którym jest idealnym człowiekiem (pracownikiem, mężem, ojcem, sąsiadem). A mam wrażenie, że w każdej z tych ról popełnia te same błędy i nie rozumie niezadowolenia jego otoczenia.

Nie mam pomysłu jak traktować takich ludzi. Spotykamy ich często – w pracy, urzędzie, sklepie, trafiają nam się tacy krewni i znajomi. Pozornie bardzo mili i sympatyczni, ale nie można na nich polegać. Ciężko jest nam jednak ich zmienić i naprowadzić na właściwą drogę. Tylko, że raz stracą pracę, innym razem rodzinę albo znajomych, itp.

Jeśli ktoś ma jakieś doświadczenie z takimi przypadkami naprowadzonymi na dobre tory to chętnie poznam Jej/Jego opinie. Zawsze lepiej pomóc niż dobić.

Pozdrawiam

Córka…

grabarza.

Kiedyś śpiewana przy akompaniamencie gitary. Do znudzenia. Do wyrzygania!!! Przy ogniskach, na biwakach, prawie wszędzie, gdzie znalazła się gitara i pół litra.

Nikt się jakoś nie zastanawiał (chyba), skąd się ta piosenka wzięła. Jeśli wierzyć YT to oryginalne nagranie pochodzi z 1973 roku.

Oto Córka grabarza w wykonaniu Mariusza Gabrycha.

Ponure to strasznie, ale nie mogłem się oprzeć.

I nie jest to piosenka primaaprilisowa.

Pozdrawiam

Za milion lat

Taki tytuł nosi piosenka nagrana przez artystów z byłej Jugosławii. Piosenki, która wkomponowała się w powszechny nurt pomocowy lat 80-tych.

Piosenka jak piosenka.
Na wiele głosów.
Na wiele instrumentów.
Nie odbiega klimatem od słynnego „We are the World”.

Oto ona: Za Milion Godina

Ale to co mnie najbardziej w tym uderza to fakt, że nie trzeba było czekać miliona lat, aby ci zgodni ludzie pogrążyli się w wojnie domowej.

Pozdrawiam

Coś jak Deep Purple

Kiedyś napisałem krótką notkę na poprzednim blogu. Blog, ze względu na politykę onetu, chylił się ku upadkowi. Postanowiłem więc przeredagować nieco notkę i zamieścić ją ponownie. Nie z braku nowych tematów. Ale myślę, że dla opisanego w niej cover bandu.

Oto zaktualizowana notka z 2012 roku.

Pokopałem trochę w sieci i znalazłem zespół…

Nazywa się… Come Taste the Band.

Z zapowiedzi między piosenkami, składu zespołu (podany na końcu występu) i poczytania ich strony internetowej dowiedziałem się, że to zespół norweski.

Jest tu cały koncert składający się wyłącznie z utworów Deep Purple. Odbiega od oryginału. Ale jednocześnie powala. Komuś dziś chce się grać muzykę sprzed kilku dekad!!! I w sumie bardzo dobrze grać.

Warto posłuchać. Słuchajcie więc. TU. Gdyby nie działało to chyba trzeba się na Youtube zalogować. Ale myślę, że warto.

Miłego słuchania.

Pozdrawiam