Kontrowersyjny pocałunek (może zatruty)

Czyli amerykańska grupa KISS. Wbrew swoim deklaracjom składanym na poprzednim blogu (o wyższości rocka słowiańskiego nad amerykańskim) KISS lubię, choć tylko niektóre piosenki. Oto moi faworyci, w subiektywnym wyborze.

1. I was made for lovin’ you – balladka z niezłym wykopem

2. Detroit Rock City – sam niezły wykop. Dynamika mnie po prostu powala.

3. God of Thunder- ponure i monotonne. A jednak wpada w ucho.

4. I jeszcze raz to samo na żywo. Uwielbiam Gene Simmonsa za jego sceniczne wygłupy

5. X-Ray Eyes – uwielbiam wokal Simmonsa.

6. Beth – KISS ze śpiewającym perkusistą! Piękna ballada.

Na ostateczne pogrążenie mnie przez samego siebie wpłynie pewnie jeszcze dodatek Alice Cooper’a. Mam dwie jego ulubione piosenki.

1. School’s out – jeszcze z podstawówki. Zawsze wzbudzałem się na słowa: school’s out forever!!!

2. Poison – niewątpliwie trochę późniejsze. Może i pretensjonalne. Ale jakie zajebiste.

Z pełną świadomością przeszedłem dziś na stronę amerykańską. Czasem wracam do tego co mnie bawiło jakiś czas temu. Może jestem trochę sentymentalny? Może.

Pozdrawiam

Zapomniany album

Są takie płyty, których wydanie trafia na niewłaściwy moment.
Ostatnio skojarzenie takie miałem z „Who do we think we are” Deep Purple.
Płyta wydana w lutym 1973 nie miała szans na przyzwoite „ogranie” na żywo i wylansowanie nagrań. W praktyce jedyną pamiętaną piosenką jest „Woman from Tokyo”, ale to tylko dzięki „Made in Japan”. Została ona nagrana przed słynną trasą po Japonii w 1972 roku.
I kto dziś pamięta takie perełki jak „Mary long” czy „Smooth dancer”. Zresztą cała płyta nie odbiega stylem i jakością od tego co zespół nagrywał w poprzednich latach. Trochę zmodyfikowane brzmienie – każdy się jakoś zmienia, rozwija. Inny styl śpiewu Gillana? To też tylko ewolucja. Ale jako całość to bardzo dobra, hardrockowa płyta. Z bluesowymi wstawkami. I kto ją dziś pamięta? Statystycy, najbardziej zapamiętali miłośnicy zespołu, i kto jeszcze???
A płyta trafiła po prostu na koniec działalności MKII. Gillan i Glover odeszli w czerwcu 1973 roku i nowy skład nie grał już tych utworów. Nowy skład wydał i lansował „Burn”. Album skądinąd świetny, ale już bardziej odmienny stylistycznie. Natomiast „Who do we think we are” zapadła się gdzieś w niepamięć. I nieslusznie. Bo warto jej posłuchać. To świetne podsumowanie pierwszych czterech lat składu, uznanego następnie jako najlepszy dla tej grupy.

Dla przypomnienia:

Mary Long

Rat Bat Blue

Place in Line

Myślę, że takich przypadków jak „Who do we think we are” jest dużo więcej. Wychodzi płyta i, z różnych przyczyn, przepada. A nie chodzi wyłącznie o jakieś nieudane nagrania. Po prostu splot okoliczności powoduje, że po jej wydaniu po prostu brak jej zainteresowania (od samego wykonawcy, przez producenta, promotorów, po słuchaczy).
Jeśli macie takie przykłady to wpisujcie. Choćby po to, żeby te tytuły odkurzyć i poznać na nowo.
Pozdrawiam

Studencka wycieczka i dzisiejsze weekendy

Jakiś czas temu (przyjmijmy, że w poprzedniej epoce), razem ze swoją grupą z roku, wybraliśmy się na tzw. wyjazd naukowo-turystyczny. Cel turystyczny: hala Ornak, a konkretnie schronisko. Cel dydaktyczny do dziś niepoznany.
Po przejechaniu do Zakopanego jakimiś kombinowanymi pociągami następna podróż odbywała się PKSem. Szczegółów już nie pamiętam. Zresztą nie są one aż tak istotne. Wylądowaliśmy w schronisku na hali Ornak i mieliśmy pozostać tam jakiś tydzień. Był to tydzień przed Bożym Narodzeniem, więc ogólnie zimno. Szczerze powiem, że jako niemiłośnik gór pierwszy raz w życiu gościłem w takim miejscu.
Wrażenia mam do dziś mieszane. Z jednej strony towarzystwo, które rekompensowało wszelkie niedogodności, z drugiej rzeczone niedogodności. Na ten przykład woda w kranie. Tylko zimna. Raz była chyba ciepła. Światło o 21:30 wyłączano odgórnie. Dobrze, że mieliśmy kilka latarek.
Ale wyjazd jako taki wspominam jako bardzo sympatyczny. Towarzystwo się docierało (2 miesiące wspólnych studiów, bo to na pierwszym roku było). Jakoś wszyscy byli zadowoleni z podawanych cienkich zupek (w schronisku na obiady). Radość sprawiało nawet ulepienie bałwana (oficjalnie ulepiliśmy naszego opiekuna roku, który szczęśliwie nie dojechał). Całe dnie graliśmy w karty, łaziliśmy po górach (tych wszędzie było pełno), popijaliśmy co tam udało się kupić (nie tak jak dziś, że wybór przerasta często nasze wyobrażenie) i robiliśmy różne dziwne rzeczy. Generalnie tydzień ogólnego rozprzężenia i pełnej radości. I do tego bez zajęć, na koszt uczelni! No już lepiej się nie dało.
I tak sobie myślę, jako osoba już od dawna pracująca, w innej rzeczywistości niż w latach 80-tych, że ciężko dziś zebrać ekipę kilku lub kilkunastu osób, które ot tak beztrosko spędzą tydzień lub dwa albo choćby weekend. Nieważne gdzie – nad morzem, w górach, nad jeziorami, albo gdziekolwiek. Ale razem i w tym samym terminie. Przynajmniej w moim otoczeniu jest to praktycznie niewykonalne. A to obiadek u rodzinki, a to z dzieckiem trzeba gdzieś pójść, a to coś innego na przeszkodzie stanie. Zazdroszczę ludziom, którzy utrzymali takie kontakty po skończeniu szkoły czy uczelni i są w stanie wyjechać na wakacje, wypady weekendowe w zgranym, fajnym towarzystwie. Cały czas jestem dobrej myśli, że moim znajomym z czasów szkolnych i studenckich uda się jeszcze uaktywnić i uruchomić. A może jacyś nowi z pracy dołączą.
Trochę martwi mnie ogólna tendencja do zmiany formy spędzania wolnego czasu. Coraz więcej pracujemy a odpoczywamy w kręgielniach, kinach (multipleksach), galeriach handlowych, itp. To mnie martwi w zestawieniu  z beztroskim wyjazdem wspomnianym na początku notki. Wygląda na to, że poza nielicznymi wyjątkami, ludzie się zestarzeli (psychicznie).
Ale aby samemu się tak nie zestarzeć i nie zgnuśnieć, szukam i szukam coraz to nowych ciekawych ludzi, z którymi dalej można robić takie beztroskie wyjazdy i miło spędzać wolny czas.
Pozdrawiam

Ludzie dobrzy pozornie

Mówi się wiele o poszanowaniu pracy, przykładaniu się do obowiązków służbowych i ogólnie podejściu do pracodawcy, a szerzej do życia i swojego otoczenia.

Wiele się zmienia na korzyść. Ludzie szanują pracę, przykładają się do obowiązków, mają pomysły, są kreatywni (modne słowo) i tak dalej.
Ale zawsze trafią się jednostki, które mimo ogólnego trendu są niereformowalne lub po prostu jest z nimi coś nie tak.

W najbliższym otoczeniu miałem taką osobę. Do dziś.

Miły Pan, po pięćdziesiątce, odpowiedzialny za sprawy techniczne w fabryce. Ale nie w tym rzecz. Jego głównym problemem było kurczowe trzymanie się „sprawdzonych” dostawców (usługi, remonty, części zamienne). Znalezienie konkurencyjnych ofert przy dzisiejszym poziomie dostępności było zadaniem na miarę zdobycia Korony Ziemi. Terminy służyły głównie do tego, żeby po ich upływie tłumaczyć dlaczego nie zostały dotrzymane.

I nagle ten „biedny” Pan został ostatnio zwolniony z pracy. I co? Poczuł się potraktowany niesprawiedliwie, oszukany, wykorzystany, i wszystkie inne określenia o podobnym wydźwięku. Nie zrozumiał swoich błędów, a jedynie czuł ogromną krzywdę jaką mu wyrządzono. Nie sądzę żeby taka postawa miała podstawy w jego wieku. Myślę, że to cecha charakteru. Poruszać się tylko utartymi szlakami, współpracować ze sprawdzonymi kooperantami, myśleć cały czas tymi samymi schematami. Za nic nie chce szukać nowych rozwiązań, dokształcać się, poszerzać horyzonty. I wiek (jak wspomniałem powyżej 50 lat) nie ma tu nic do rzeczy. Tacy ludzie są między nami i nie bardzo wiemy jak sobie z nimi radzić.

W moim przypadku rada była prosta. Zwolniłem go z pracy. I mimo merytorycznego uzasadnienia takiej decyzji czuję pewien niesmak. Ten gość opuszczał firmę z poczuciem tak potwornej krzywdy, że miało się ochotę go pogłaskać po głowie i uspokoić. Po przeprowadzonej z nim rozmowie rozumiał jeszcze mniej. Jego konkluzja była jedna: ja się zapracowuję i zostaję za to zwolniony. Nie widział (i pewnie dalej nie widzi) swoich niedociągnięć, nie słyszał ostrzeżeń wysyłanych od dłuższego czasu. Miał (i pewnie dalej ma) swój własny świat, w którym jest idealnym człowiekiem (pracownikiem, mężem, ojcem, sąsiadem). A mam wrażenie, że w każdej z tych ról popełnia te same błędy i nie rozumie niezadowolenia jego otoczenia.

Nie mam pomysłu jak traktować takich ludzi. Spotykamy ich często – w pracy, urzędzie, sklepie, trafiają nam się tacy krewni i znajomi. Pozornie bardzo mili i sympatyczni, ale nie można na nich polegać. Ciężko jest nam jednak ich zmienić i naprowadzić na właściwą drogę. Tylko, że raz stracą pracę, innym razem rodzinę albo znajomych, itp.

Jeśli ktoś ma jakieś doświadczenie z takimi przypadkami naprowadzonymi na dobre tory to chętnie poznam Jej/Jego opinie. Zawsze lepiej pomóc niż dobić.

Pozdrawiam

Córka…

grabarza.

Kiedyś śpiewana przy akompaniamencie gitary. Do znudzenia. Do wyrzygania!!! Przy ogniskach, na biwakach, prawie wszędzie, gdzie znalazła się gitara i pół litra.

Nikt się jakoś nie zastanawiał (chyba), skąd się ta piosenka wzięła. Jeśli wierzyć YT to oryginalne nagranie pochodzi z 1973 roku.

Oto Córka grabarza w wykonaniu Mariusza Gabrycha.

Ponure to strasznie, ale nie mogłem się oprzeć.

I nie jest to piosenka primaaprilisowa.

Pozdrawiam

Za milion lat

Taki tytuł nosi piosenka nagrana przez artystów z byłej Jugosławii. Piosenki, która wkomponowała się w powszechny nurt pomocowy lat 80-tych.

Piosenka jak piosenka.
Na wiele głosów.
Na wiele instrumentów.
Nie odbiega klimatem od słynnego „We are the World”.

Oto ona: Za Milion Godina

Ale to co mnie najbardziej w tym uderza to fakt, że nie trzeba było czekać miliona lat, aby ci zgodni ludzie pogrążyli się w wojnie domowej.

Pozdrawiam

Coś jak Deep Purple

Kiedyś napisałem krótką notkę na poprzednim blogu. Blog, ze względu na politykę onetu, chylił się ku upadkowi. Postanowiłem więc przeredagować nieco notkę i zamieścić ją ponownie. Nie z braku nowych tematów. Ale myślę, że dla opisanego w niej cover bandu.

Oto zaktualizowana notka z 2012 roku.

Pokopałem trochę w sieci i znalazłem zespół…

Nazywa się… Come Taste the Band.

Z zapowiedzi między piosenkami, składu zespołu (podany na końcu występu) i poczytania ich strony internetowej dowiedziałem się, że to zespół norweski.

Jest tu cały koncert składający się wyłącznie z utworów Deep Purple. Odbiega od oryginału. Ale jednocześnie powala. Komuś dziś chce się grać muzykę sprzed kilku dekad!!! I w sumie bardzo dobrze grać.

Warto posłuchać. Słuchajcie więc. TU. Gdyby nie działało to chyba trzeba się na Youtube zalogować. Ale myślę, że warto.

Miłego słuchania.

Pozdrawiam

Ja też mam problem

Do takiego a nie innego wpisu zmusiło mnie to, co słyszę w mediach.

Chłopi mają problem ze sprzedażą wieprzowiny. Obchodzi mnie to tak długo, jak długo nie planuje się interwencyjnego skupu trzody. A co ja mam do trzody? Niech chłopi ubezpieczą się od niepowowdzeń w biznesie. W innych dziedzinach gospodarki stosuje się takie rozwiązania. Poza tym WSZYSCY płacimy na chłopów. Przecież oni nie płacą PIT, nie płacą ZUS. I wciąż wyciągają ręce po publiczne pieniądze. Pieniądze, do których się nie dokładają na równi z resztą społeczeństwa. I ja na te ich niesprzedane świnie płacić nie chcę.

Ktoś nie może sprzedać wyprodukowanych surowców. Bo spadają ceny. Ktoś inny nie może sprzedać wykałaczek, bo ludzie nie chcą zębów czyścić. Jeszcze ktoś ma problem ze sprzedażą czegoś innego bo ktoś inny tego nie chce kupić. Po prostu.

I co? Skupujemy interwencyjnie tylko świnie. A te inne rzeczy? Innych już nie. Bo to nie chłopskie. To nie trzeba. Niech sobie producenci radzą. Niech sprzedają promocyjnie, niech robią super promocje, sprzedają po kosztach lub niżej. Bo to ich problem.

I na takie podejście się nie zgadzam. Bo to z MOICH, między innymi, podatków mamy te świnie kupować. A ja się nie zgadzam na takie marnotrawienie swojego wkładu w PKB!

Podsumowuję pieśnią zespołu L-Dópa – III wojna z chłopami.

Pozdrawiam

Wróciłem właśnie

z koncertu Within Temptation.

Każda minuta warta była obejrzenia i wysłuchania. Każda złotówka wydana na bilet była tego warta.

Jednym słowem opisać się nie da. A tak chciałem.

Jestem pod wrażeniem. To chyba najlepiej oddaje mój stan.

Na zachętę Summertime Sadness z innego koncertu zagranego przez Within Temptation w tym roku.

Pozdrawiam

Ötven éve

Do krótkiej notki natchnęła mnie koncertowa atmosfera ostatnich tygodni. O koncercie Kitaro, na którym miałem przyjemność być, wspominałem. Wybieram się też na koncert Within Temptation i Apocalypticę. Planuję Black Sabbath w Łodzi (w czerwcu). Na ten ostatni nie mam jeszcze biletów.

Uwielbiam atmosferę występów na żywo. Mają swój urok.

Szczególnie jeśli mają zapewnioną odpowiednią oprawę, publiczność i wykonawcę w doskonałej formie. Tytuł posta (po węgiersku) nawiązauje do koncertu jaki odbył się w 2012 roku w Budapeszcie z okazji pięćdziesięciolecia!!! istnienia zespołu Omega. Panowie z oryginalnego składu to „dziadkowie” koło 70-tki.

Nie byłbym sobą gdybym nie zamieścił ich najbardziej rozpoznawalnej piosenki. Gyöngyhajú lány. W wykonaniu ze wspomnianego koncertu. Wspaniały występ. Zainteresowanym polecam w całości (jest dostępny w dwóch częściach na YT). Warto.

Pozdrawiam