Studencka wycieczka i dzisiejsze weekendy – notka opublikowana 30.09.2010 na blogu Podróże Lesliego na Onecie

Jakiś czas temu (przyjmijmy, że w poprzedniej epoce), razem ze swoją grupą z roku, wybraliśmy się na tzw. wyjazd naukowo-turystyczny. Cel turystyczny: hala Ornak, a konkretnie schronisko. Cel dydaktyczny do dziś niepoznany.
Po przejechaniu do Zakopanego jakimiś kombinowanymi pociągami następna podróż odbywała się PKSem. Szczegółów już nie pamiętam. Zresztą nie są one aż tak istotne. Wylądowaliśmy w schronisku na hali Ornak i mieliśmy pozostać tam jakiś tydzień. Był to tydzień przed Bożym Narodzeniem, więc ogólnie zimno. Szczerze powiem, że jako niemiłośnik gór pierwszy raz w życiu gościłem w takim miejscu.
Wrażenia mam do dziś mieszane. Z jednej strony towarzystwo, które rekompensowało wszelkie niedogodności, z drugiej rzeczone niedogodności. Na ten przykład woda w kranie. Tylko zimna. Raz była chyba ciepła. Światło o 21:30 wyłączano odgórnie. Dobrze, że mieliśmy kilka latarek.
Ale wyjazd jako taki wspominam jako bardzo sympatyczny. Towarzystwo się docierało (2 miesiące wspólnych studiów, bo to na pierwszym roku było). Jakoś wszyscy byli zadowoleni z podawanych cienkich zupek (w schronisku na obiady). Radość sprawiało nawet ulepienie bałwana (oficjalnie ulepiliśmy naszego opiekuna roku, który szczęśliwie nie dojechał). Całe dnie graliśmy w karty, łaziliśmy po górach (tych wszędzie było pełno), popijaliśmy co tam udało się kupić (nie tak jak dziś, że wybór przerasta często nasze wyobrażenie) i robiliśmy różne dziwne rzeczy. Generalnie tydzień ogólnego rozprzężenia i pełnej radości. I do tego bez zajęć, na koszt uczelni! No już lepiej się nie dało.
I tak sobie myślę, jako osoba już od dawna pracująca, w innej rzeczywistości niż w latach 80-tych, że ciężko dziś zebrać ekipę kilku lub kilkunastu osób, które ot tak beztrosko spędzą tydzień lub dwa albo choćby weekend. Nieważne gdzie – nad morzem, w górach, nad jeziorami, albo gdziekolwiek. Ale razem i w tym samym terminie. Przynajmniej w moim otoczeniu jest to praktycznie niewykonalne. A to obiadek u rodzinki, a to z dzieckiem trzeba gdzieś pójść, a to coś innego na przeszkodzie stanie. Zazdroszczę ludziom, którzy utrzymali takie kontakty po skończeniu szkoły czy uczelni i są w stanie wyjechać na wakacje, wypady weekendowe w zgranym, fajnym towarzystwie. Cały czas jestem dobrej myśli, że moim znajomym z czasów szkolnych i studenckich uda się jeszcze uaktywnić i uruchomić. A może jacyś nowi z pracy dołączą.
Trochę martwi mnie ogólna tendencja do zmiany formy spędzania wolnego czasu. Coraz więcej pracujemy a odpoczywamy w kręgielniach, kinach (multipleksach), galeriach handlowych, itp. To mnie martwi w zestawieniu  z beztroskim wyjazdem wspomnianym na początku notki. Wygląda na to, że poza nielicznymi wyjątkami, ludzie się zestarzeli (psychicznie).
Ale aby samemu się tak nie zestarzeć i nie zgnuśnieć, szukam i szukam coraz to nowych ciekawych ludzi, z którymi dalej można robić takie beztroskie wyjazdy i miło spędzać wolny czas.
Pozdrawiam

Tygrys mnie wybrał(a)

Dostałem z zaprzyjaźnionego bloga Tygrys 1012 takie wyróżnienie. Nakłada to na mnie obowiązek odpowiedzi na 11 zadanych pytań oraz zadania swoich 11 pytań i wskazanie kandydatów do odpowiedzi.

Zasady zabawy są mniej więcej takie:

1. Każda oznaczona osoba odpowiada na 11 pytań przyznanych przez „Tagger” na swoim blogu.
2. Następnie wybiera się 11 nowych osób do Tagu i łączy w swoim poście.
3. Należy utworzyć 11 nowych pytań dla osób oznaczonych w Tagu i napisać je w tym Tagowym poście.
4. Należy wymienić w swoim poście osoby, które otagowałaś/eś.
5. Postarać się trzeba by nie oznaczać osób, które już są oznakowane.

Odpowiedzi na zadane mi pytania:
1. Złoto czy srebro?
Złoto. Droższe.
2. Kot czy pies?
Oba. Bo mam też taki wybór.
3. Morze czy góry?
Morze. W górach jest pod górkę…
4. Kawa czy herbata?
Herbata. Dobra
5. Przebojem czy raczej z tyłu, bez pchania się przed szereg?
Przebojem. Bo tak jest ciekawiej.
6. Mieszkanie w bloku czy własny dom?
Własny dom jako marzenie.
7. Na łonie natury czy zorganizowany wypoczynek nad basenem?
Na łonie natury. Tylko byle jakaś woda była…
8. Komedia romantyczna czy „jatka” na ekranie?
Komedia, niekoniecznie romantyczna, z elementami mordobicia.
9. Optymista życiowy czy realista/pesymista?
Optymista. Czasami sprowadzany na ziemię.
10. „czucie i wiara” czy „mędrca szkiełko i oko”?
Czucie i wiara. Czasem podparte odrobiną wyrachowania.
11. Instytucja małżeństwa – za czy przeciw?

Za. Bo tak.

 

Odpowiedzi udzieliłem zgodnie ze stanem swojego sumienia w momencie pisania.

 

A oto i moje pytania:

1. Głośno czy melodyjnie?

2. Szczupak czy płotka?
3. Niebo czy piekło?
4. Marsz czy bieg?
5. Lipiec czy styczeń?
6. Hotel czy camping?
7. Bogactwo czy mądrość?
8. Czarne czy białe?
9. Biedronka czy stonka?
10. Zmiana biegów ręczna czy automatyczna?
11. Piękna czy bestia?
A do zabawy typuję:
Lena, Eviva, PollyAnka, Zgaga, Azalia. Pozostałych zapraszam do zabawy na zasadzie dobrowolnego uczestnictwa.
Pozdrawiam

Szynka, jaja i kartki

Przypomniał mi się dziś klimat stanu wojennego. Z pewnego punktu widzenia.

Ograniczeń, kartek, braku … wszystkiego poza octem.

Przypomniałem sobie swoje własne podróże na wschód (Podlasie) po rąbankę, jajka i inne produkty spożywcze. Na kartkach nie dało się normalnie przeżyć, więc… Rano w pociąg. Po wspomniane jaja i rąbankę. Po południu byłem znowu w Warszawie z prowiantem. Jedno i drugie ciężko było przewieźć. Jajka łatwo się tłukły. A woziłem w plecaku ze stelażem. Dopracowałem metodę i … stłuczki nie istniały. Z mięsem też nie było łatwo. Ćwiartka świni trochę ważyła. Poza tym zawsze gdzieś krew przeciekała. Nigdy nie kładłem torby czy plecaka na półce. Żeby komuś krwią ciuchów nie pochlapać. Dziś to brzmi trochę jak bajka. Ale to najprawdziwsza prawda.
Pamiętam też pierwsze ograniczenie w zakupie … cukru.
Byłem na wakacjach. Rok 1976. Na działce w lesie. Mama jakieś konfiturki robiła bo środek lata i owoców mnóstwo było.
„Podjedź no do sklepu i kup 5 kilo cukru.”
Leszczyk młody byłem. Siadłem na rower i pojechałem. Wchodzę do sklepu (podwarszawskie zadupie, sklep otoczony drzewami).
„5 kilo cukru poproszę”
„Po kilogramie sprzedajemy” – w sklepie poza mną była tylko ekspedientka. Nie do końca rozumiałem czemu tylko kilo.
Wziąłem kilo i wyszedłem. Natychmiast potem wszedłem i kupiłem ponownie. I tak 5 razy. Do dziś nie wiem po kiego wała baba mnie tak przeczołgała.
Fakt, że kilka dni później cukier po 10,50 był na kartki, a w wolnej sprzedaży tzw. komercyjny po … 26,- i tego do oporu było.

A dziś? Nuda. 150 gatunków szynki, cukier biały, brązowy, trzcinowy, …, jajka zwykłe, z wolnego wybiegu, ekologiczne, przepiórcze. Nawet słynny ocet w takiej różnorodności występuje, że nie wiadomo co wybrać.
I bez kolejki, kartek, bez problemu.

Pozdrawiam bezkartkowo

Nie plujmy

Nie plujmy na naszych piłkarzy.

Grali jak mogli. Grali jak umieli. Grali jak przeciwnik pozwalał.

Ale grali też tak, jak trener ich ustawił i zmobilizował. Realizowali taktykę opracowaną przez trenera.

Ja się cieszę z niektórych pięknych momentów na meczach. Nawet na przegranym z Czechami.

Nie dajmy się zwariować. Nie byliśmy faworytami. Nasze miejsce w rankingu FIFA jest daleko za Rosją, Grecją czy Czechami. Te remisy to i tak spory sukces.

Jedno czego nie zmieniałbym to skład drużyny. Może jakieś drobne korekty. Jeśli zaczniemy budować zespół od początku, to na mistrzostwa świata znowu pojedziemy niezgrani.

Jeśli zmieni się trener (a na to się zanosi) to liczę, że będzie budował nową drużynę na bazie obecnej. Zmotywuje ich bardziej i wykorzysta lepiej ich potencjał i umiejętności. Ale trzon zostawi.

To jednak dobrzy piłkarze.

Po prostu tym razem nie wyszło.

Pozdrawiam

Ludzie dobrzy pozornie – notka opublikowana pierwotnie 30.09.2010 na blogu Opowieści Lesliego na Onecie

Mówi się wiele o poszanowaniu pracy, przykładaniu się do obowiązków służbowych i ogólnie podejściu do pracodawcy, a szerzej do życia i swojego otoczenia.
Wiele się zmienia na korzyść. Ludzie szanują pracę, przykładają się do obowiązków, mają pomysły, są kreatywni (modne słowo) i tak dalej.
Ale zawsze trafią się jednostki, które mimo ogólnego trendu są niereformowalne lub po prostu jest z nimi coś nie tak.
W najbliższym otoczeniu miałem taką osobę. Do dziś.
Miły Pan, po pięćdziesiątce, odpowiedzialny za sprawy techniczne w fabryce. Ale nie w tym rzecz. Jego głównym problemem było kurczowe trzymanie się „sprawdzonych” dostawców (usługi, remonty, części zamienne). Znalezienie konkurencyjnych ofert przy dzisiejszym poziomie dostępności było zadaniem na miarę zdobycia Korony Ziemi. Terminy służyły głównie do tego, żeby po ich upływie tłumaczyć dlaczego nie zostały dotrzymane.
I nagle ten „biedny” Pan został dziś zwolniony z pracy. I co? Poczuł się potraktowany niesprawiedliwie, oszukany, wykorzystany, i wszystkie inne określenia o podobnym wydźwięku. Nie zrozumiał swoich błędów, a jedynie czuł ogromną krzywdę jaką mu wyrządzono. Nie sądzę żeby taka postawa miała podstawy w jego wieku. Myślę, że to cecha charakteru. Poruszać się tylko utartymi szlakami, współpracować ze sprawdzonymi kooperantami, myśleć cały czas tymi samymi schematami. Za nic nie chce szukać nowych rozwiązań, dokształcać się, poszerzać horyzonty. I wiek (jak wspomniałem powyżej 50 lat) nie ma tu nic do rzeczy. Tacy ludzie są między nami i nie bardzo wiemy jak sobie z nimi radzić.
W moim przypadku rada była prosta. Zwolniłem go z pracy. I mimo merytorycznego uzasadnienia takiej decyzji czuję pewien niesmak. Ten gość opuszczał firmę z poczuciem tak potwornej krzywdy, że miało się ochotę go pogłaskać po głowie i uspokoić. Po przeprowadzonej z nim rozmowie rozumiał jeszcze mniej. Jego konkluzja była jedna: ja się zapracowuję i zostaję za to zwolniony. Nie widział (i pewnie dalej nie widzi) swoich niedociągnięć, nie słyszał ostrzeżeń wysyłanych od dłuższego czasu. Miał (i pewnie dalej ma) swój własny świat, w którym jest idealnym człowiekiem (pracownikiem, mężem, ojcem, sąsiadem). A mam wrażenie, że w każdej z tych ról popełnia te same błędy i nie rozumie niezadowolenia jego otoczenia.
Nie mam pomysłu jak traktować takich ludzi. Spotykamy ich często – w pracy, urzędzie, sklepie, trafiają nam się tacy krewni i znajomi. Pozornie bardzo mili i sympatyczni, ale nie można na nich polegać. Ciężko jest nam jednak ich zmienić i naprowadzić na właściwą drogę. Tylko, że raz stracą pracę, innym razem rodzinę albo znajomych, itp.
Jeśli ktoś ma jakieś doświadczenie z takimi przypadkami naprowadzonymi na dobre tory to chętnie poznam Jej/Jego opinie. Zawsze lepiej pomóc niż dobić.
Pozdrawiam

 

PS. 14.06.2012

Temat wciąż aktualny. Tamtego gościa nie ma już prawie dwa lata. A wciąż mam problemy z jemu podobnymi. Nie mogę wywalić wszystkich, choć czasem mnie korci. Prośbą, groźbą, poleceniem nie zawsze da się osiągnąć zamierzony efekt.

Odgrzewane kotlety

Co jakiś czas będę zamieszczał tu notki, które kiedyś umieściłem na swoich poprzednich blogach. Blogach, które już dziś są wyłącznie słabo działającym archiwum. Dziś z nich wciąż trudno korzystać. Mimo, że jeszcze w marcu onet informował, że usunięcie awarii potrwa kilka dni…

Może te notki będą jak odgrzany kotlet. Ale może komuś z nowych czyteników przypadną do gustu.

Wyboru dokonam sam. A ocena należy do Was.

Pozdrawiam

Ludzie z lasu – notka przeniesiona z Opowieści Lesliego na Onecie

Znam pewne małżeństwo. To Ona i On. Mają też syna (rocznikowo pełnoletni i dorosły).

Mieszkają w lesie, niedaleko bardzo dużego miasta.

I … tu się kończy sielanka. Żyją razem, a jakby nie razem, razem, ale osobno. Osobna kasa, osobne zainteresowania, osobne życie (znajomi, odwiedziny u rodziny, itp.). Facet był kiedyś bardzo bliskim moim kolegą. Zaryzykuję nawet – przyjacielem.

Przez pierwsze kilka lat po ślubie wszystko wyglądało ok. Po jakimś czasie zacząłem się zastanawiać, po rozmowach z nim, co się właściwie dzieje.

Kupili samochód (pierwszy europejski, a nie podemoludowy złom). Audi. Jak się okazało nie oni kupili tylko On kupił. Odłożył trochę kasy, wziął na resztę kredyt i kupił. Opał na zimę (centralne na koks) On kupuje. Za swoje. Podatki za działkę i dom płaci On. Bo jego. Ona kupuje jedzenie i przygotowuje posiłki. Za swoje. On na to jedzenie narzeka, ale nic nie zmieni. I tak można mnożyć. Nie mają poczucia bycia rodziną. Mam wrażenie, że traktują się albo jak dwoje nieznajomych mieszkających pod jednym dachem albo jak dwoje wrogów albo jak dwoje niedojrzałych nastolatków.

On zaczął pić z rozpaczy – tak przynajmniej twierdzi. Z nią kontaktu nie mam. Od czasu pogorszenia ich wzajemnych relacji przestaliśmy się widywać. Nasze kontakty ograniczają się do niezbyt częstych rozmów telefonicznych, z których coraz mniej wynika. Ale obraz całości rysuje się niezbyt piękny.

I nie jest to jedyne znane mi małżeństwo z takimi problemami. Druga rodzinka (On1 i Ona1) mają bardzo podobnie, choć mieszkają w miasteczku odległym o 200 kilometrów od pierwszego. On1 płaci za X to Ona1 musi zapłacić za Y (cokolwiek te skróty oznaczają – ubrania dla dzieci, koks do CO, jedzenie, opłaty za prąd, itp.).

Czy na tym ma polegać rodzina?

Na kogo wyrosną dzieci takich ludzi?

I po cholerę są wciąż ze sobą?

 

Pozdrawiam pozostawiając Was bez odpowiedzi. Nie znam ich.

Jogurt z ziarnami

Jogurt z ziarnami i błonnikiem.

Chleb z dodatkiem otrąb.

Błonnik dodawany do przetworzonych dań, żeby były „naturalne”.

Jazda samochodem.

Jazda autobusem.

Jazda pociągiem.

Jazda tramwajem.

Lot samolotem.

SMS, rozmowa przez komórkę, e-mail.

Ćwiczenia na siłowni. Jogging. Jazda konna.

A może jednak inaczej.

Żywność nieprzetworzona.

Częściej i więcej przemieszczać się pieszo, rowerem lub nawet konno.

Pofatygować się do rodziny czy znajomych i porozmawiać. Spotkać się w pół drogi i pójść na spacer.

W przeciwnym przypadku nasza droga ewolucyjna zakończy się tak jak TU.

Pozdrawiam

Syn pastora…

Znalazłem notkę w onecie. O Lemmym.

Zaskoczyła mnie trochę. Nie żebym nie wiedział, że Lemmy to taka osoba jak ją opisano, Ale, że to właśnie syn pastora. Chociaż, czy synowi pastora nie wolno zostać rockmanem?

I na deser nieśmiertelne Ace of Spades. To z czego Lemmy i jego Motörhead słynie.

Pozdrawiam

Ignorantka

Przeczytałem taki oto artykuł dotyczący niejakiej Debbie Schlussel.

Zirytował mnie. Nie artykuł w onecie. Tylko to co babsztyl pisze. Zajrzałem na cytowany blog tej baby. Link do posta jest TU.

Mam nadzieję, że przynajmniej część czytelników zna angielski na tyle, żeby przeczytać całość. Warto. Warto przeczytać komentarze. Też niestety w większości angielskie.

Warto zapoznać się z ignorancją i opieraniem poglądów na sloganach, plotkach i niesprawdzonych informacjach. Jeśli jest to w stanach osoba opiniotwórcza to powinna, moim zdaniem, sięgnąć do materiałów źródłowych, do publikacji historyków, badaczy Holocaustu. A nie powtarzać to, co „jedna baba drugiej babie w domowym zaciszu opowiada”.

Dla mnie to skandal.

Pozdrawiam