Dwa

Ostre jedzenie pali, podobno, dwa razy…

Wczoraj poszedłem z przyjaciółmi do meksykańskiej restauracji. Po wyborze dań, padło pytanie: jak ostre ma być danie? Ja wybrałem bardzo ostre…

Pali dwa razy… Potwierdzam…

Ale smakowało zajebiście. Żeby nie było, że same cierpienia mi zostały w pamięci.

Dla zachowania klimatu Speedy Gonzales.

Pozdrawiam

Smutny dzień, przynajmniej dla mnie

Zmarł Lemmy.

Wielu nic to nie powie. Ci, którym powie, wiedzą o kim piszę.

Zmarł, trochę pewnie na własną prośbę. Kilka dni temu, we wpisie świątecznym życzyłem Mu kolejnych lat. Wytrwał tylko 4 dni.

Kontrowersyjny, ale niepowtarzalny. Takim Go zapamiętam.

Jeden z klasyków Motörhead – God Was Never On Your Side.

Pozdrawiam

Poświęta przyszły

Poświęta, w tym roku, mam baaardzo leniwe.

Do pracy wracam dopiero w styczniu. I to dopiero (kolejne) 11 stycznia.

Rozleniwiłem się już przez kilka dni. Sam się boję co będzie jak minie ten cały czas. Z jednej strony nadganiam zaległości, na które nie ma czasu przez cały rok, z drugiej odsypiam (to też rodzaj zaległości).

Święta minęły i następne dopiero wiosną. Przekonałem się, że z wiekiem ubywa nam sprawności umysłowej. Nie, nie przekonałem się na sobie. Na mojej mamie. po raz pierwszy była na Wigilii ciałem, ale duch krążył gdzieś w okolicach wczesnej młodości, wspomnień Wigilii w Jej rodzinnym domu, zachwytów (myślę, że szczerych) nad samą Wigilią. Ale kontakt z Nią był raczej ograniczony do wypowiadanych pojedynczych zdań. Cóż. Starość. Niestety. I nic się z tym nie da, raczej, zrobić. Pogorszenie, tak bardzo widoczne, to kwestia ostatnich tygodni. Ale cóż, może będzie lepiej.

Muzycznie chodzi za mną Motörhead. Może to kwestia niedawnych urodzin Lemmiego. Szczególnie dwa kawałki nie dają  mi spokoju.

Love me like a reptile i Motörhead. Pamiętam jak chodziłem do szkoły średniej, jeden z kolegów powiedział coś w tym stylu: Lemmy to taki zgred, ma ze 40 lat… Ten „zgred” gra do dziś mając 70.

Oddalam się odpoczywać dalej. I popadać w stan coraz dobitniejszego posiadania wszystkiego w głębokim poważaniu. Jeszcze przez dwa tygodnie!

Pozdrawiam

Wesołych Świąt

Życzę wszystkim czytelnikom bloga.

Spokojnych, zdrowych, rodzinnych, bez codziennego obłędu.

Specjalne życzenia otrzymuje Lemmy. Kończy dziś 70 lat. Graj nam kolejne 70!

Pozdrawiam wszystkich światecznie.

Zawiśnij…

W czasach szkolnych trenowałem piłkę ręczną. Nie była to długa przygoda, ale trochę potrenowałem i pograłem.

Ze wszystkich ćwiczeń, poleceń wydawanych przez trenera, do dziś pamiętam jedną komendę.

„Jak rzucasz to wyskocz ponad obronę przeciwnika, zawiśnij, poczekaj aż obrońcy opadną i rzucaj na bramkę…”.

Wszystko potrafiłem zrobić, ale to „zawiśnij” słabo mi wychodziło. Zrezygnowałem z treningów załamany. No nie nauczyłem się zawisać.

Pozdrawiam

No cóż…

Usłyszałem dziś bajki… I co mi po nich?

Pozdrawiam

I do kogo z pretensjami…?

W niedzielę zmarło dwoje moich znajomych. Dobrych i serdecznych. Żadna rodzina, ale relacje silniejsze niż z niejednym krewniakiem.

Dwoje zupełnie obcych sobie ludzi, ale z różnych powodów, mi bliskich.

I tak dwoje jednego dnia? Pogrzeby w piątek i w poniedziałek.

I taki to smutny listopad nastał.

Pozdrawiam

Zimny łokieć

Każdy, zapewne, widział kiedyś przejeżdżający samochód, z którego wydobywały się dźwięki typu um-cyk, um-cyk….

Do tego kierowca i pasażer z „zimnymi łokciami”.

Wpadła mi dziś w ucho piosenka, w sam raz do wystawiania łokcia i generowania umcyków.

AronChupa – I’m an Albatraoz

To jedyne skojarzenie, choć może niezbyt sprawiedliwe dla piosenki i wykonawcy/wykonawczyni. Do typowego umcykowania lepiej nadaje się techno albo disco polo.

Pozdrawiam

Kłopoty z pamięcią

Wylądowałem dziś w hotelu Baranowski w Słubicach.

Hotel znam od lat. Czasami tu nocuję w drodze do Niemiec.

Tak jest i tym razem.

Przyjechałem około 21:00 i stwierdziłem, że to najwyższa pora na zjedzenie czegoś. Żeby nie kłaść się spać z pełnym żołądkiem.

Weszliśmy małą, trzyosobową, grupką do hotelowej restauracji. Po jakimś (zbyt długim jak dla mnie) czasie pojawił się kelner, przyjął zamówienie i oddalił się spokojnym krokiem.

Napoje podał po chwili. Po dłuższej chwili, pojawił się ponownie. Myśleliśmy, że przyniósł nasze dania. A tu skucha. On przyszedł zapytać co my właściwie zamówiliśmy… Bo mu się pomieszało. Zamówienia próbował zapamiętać, ale widać nie potrafił. Na dogrywkę przyszedł jednak z kartką. Jakby to było inne miejsce, inna pora, inne okoloczności wyszedłbym bez słowa. Powoli jednak z „po 21:00″ zaczęło się robić „przed 22:00″ i poszukiwanie lepszej knajpy, o tej porze, nie wchodziło w rachubę. Ostatecznie jedzenie do nas dotarło po ponad godzinie oczekiwania. Na standardy restauracyjne to poniżej krytyki.

A kelner? Nawet  nie przeprosił. Jego napiwek, jeśli nawet był początkowo kalkulowany, poszedł się jebać. Na jego osobistą prośbę.

Hotel polecam. Restauracja też jest niezła, ale takiego pierdoły to ja tam nie pamiętam… A bywam tu od ponad pięciu lat.

Pozdrawiam

O weselu słów kilka

W sobotę byłem na weselu. Przed weselem był ślub, ale ślub jak ślub. Piękna panna młoda, pan młody poprawny. Tłum ludzi. I tyle.

Ale wesele zwróciło moją uwagę kilkoma szczegółami, które zapadły mi w pamięci.

Po pierwsze. Po cholerę zabierać na wesele dzieci? Nie takie przedszkolne czy szkolne. Takie zupełnie małe, w wózkach. Dla każdego przygotowane miejsce przy stole, ale… na sali pierdolnik. Bo miejsce jest dla każdego, ale nie dla dzieci w wózkach. Rozpychają, więc, mamusie krzesła. Ścieśniają innych gości. Bo pociecha musi się przy stole zmieścić. Pociecha ma to głęboko w pieluszce, bo ma, góra, 3-4 miesiące. Ale mamusia musi pochwalić się pociechą. Żeby inni byli tak samo zadowoleni jak ona. Wywija betem z pociechą wewnątrz tak skutecznie, że zmusza roznoszących potrawy kelnerów do korzystania ze sztuki uników. Ale ona i pociecha są najwazniejsi. Nawet para młoda nie jest tak ważna.

Po drugie. Po raz pierwszy trafiłem na wesele, na którym oprawę muzyczną zapewniał zespół rozrywkowy o korzeniach jazzowych. Grali muzykę rozrywkową, ale w stylu i repertuarze nieprzystosowanym do wesela. Cóż. Gości do tańca porwac było im dość trudno. Bardziej pasowali to klubu lub jako tło w jakiejś dobrej restauracji. Bardziej do słuchania niż do zabawy.

Po trzecie. Znowu dzieci. Tym razem starsze. Tu młodzi zadbali, żeby dzieci się nie nudziły. Były 2 lub 3 panie, które zajmowały się latoroślami w czasie, w którym rodzice bawili się na weselu. To było bardzo dobre posunięcie. Dzieciaki miały też swoje 5 minut w konkursach z młodą parą. Naprawdę fajnie to było zorganizowane.

Po czwarte. Taniec z ognistymi kulami połączony z „zianiem” ogniem. Była taka grupa, zaproszona na wesele jako atrakcja wieczoru, która wykonała wspomniany taniec i inne ewolucje, wywijając ognistymi kulami na łańcuchach, żonglując płonącymi tyczkami i wyprawiając inne, dziwne czynności z ogniem w roli wiodącej. Zebrali gorące brawa.

Po piąte. Wesele było bardzo fajne i sympatyczne. Nawet wspomniane na początku dzieci w wózeczkach nie popsuły, ostatecznie, atmosfery. Choć nie wpłynęły na jej poprawę.

Pytanie kiedy następne wesele i związane z nim wrażenia?

Pozdrawiam