Niecały tydzień w pracy…

Od poniedziałku jestem w pracy. Po urlopie.

Mój stan można opisać tylko TAK.

Do normalnego rytmu pracy mi baaaardzo daleko.

Może kiedyś się uspokoję.

Dzień po dniu jestem coraz bardziej zmęczony… Niekoniecznie pracą.

Postanowiłem trochę wziąć się za siebie.

6:15 – poranny rozruch do 7:00 (jogging, trochę ćwiczeń)

18:00 – pływanie w jeziorze (mam taką możliwość) – czasowo tyle ile dam radę

19:30 – salka z przyrządami do ćwiczeń (minimum 30 minut)

Między tym wszystkim praca.

Na koniec dnia padam nieżywy.

Na razie to jedyny efekt wzmożonej aktywności fizycznej…

Pozdrawiam

L…

Zacząłem wakacje. Wyczekane. Wymarzone.

Ściągnąłem do Krynicy Morskiej i cieszę się latem.

Wieczorem w kawiarni usłyszałem ciekawy tekst.

Kelnerka do klienta odezwała się w te, mniej więcej, słowa:

„Pan chwilę zaczeka, kolega zrobi Panu loda” (wskazując na barmana)…

Ja bym nie chciał takiego loda…

Pozdrawiam

Marzenia

Warto je mieć. Wciąż marzę o różnych rzeczach.

Od wczoraj spełniam jedno z takich „odwiecznych”.

„Uczę się” grać na gitarze elektrycznej.

„Gram” w mieszkaniu. Ze wzmacniaczem. Bez słuchawek. To mój pierwszy raz… Nie mam pojęcia o grze na gitarze czy o zapisie nutowym. Na razie sąsiedzi nie protestują.

Pożyjemy zobaczymy.

Jestem marzycielem. Nie odmówię więc sobie dwóch piosenek, które kojarzą mi się z marzeniami.

Ozzy Osbourne – Dreamer

Maanam – Oprócz - ta piosenka ma, oprócz skojarzeń z marzeniami, dla mnie znaczenie sentymentalne. To były świetne wakacje…

Po namyśle dorzuciłbym jeszcze coś żywszego, bo czemu marzenia mają się kojarzyć z balladami. Powoli zaczynam myśleć o zbliżających się wakacjach, więc ostatnia piosenka do nich nawiązuje. Na swój sposób. Rammstein – Mein Land,

A wracając do nauki gry na gitarze. Na razie się nie zniechęcam, choć postępy są raczej baaardzo znikome. Z drugiej strony dopasowałem sobie długość pasa podtrzymującego gitarę… To już coś.

Pozdrawiam wszystkich marzycieli.

 

 

Zebrało się trochę

O wspomnianym w poprzednim wpisie wyjeździe do Brukseli już zapomniałem.

Nazbierało się za to sporo innych rzeczy. Rzeczy, które pochłaniają sporo mojej uwagi.

W pracy – debile.

Prywatnie – debile.

W polityce – debile

Na drodze, szosie – debile. Debile w samochodach, na rowerach, na motorach, piesi.

Ogólnie, czuję się osaczony przez debili.

Wszystko się jakoś tak pierdoli i nie wiem jak z tego wybrnąć. Silnie irytuje mnie wszystko wokół (żeby nie napisać, że wkurwia mnie).

Siedzę, piszę, słucham Niemena i mam świadomość, że z 1000 rzeczy powinienem zrobić, zamiast siedzieć i pisać. Mimo, że jest dość późno.

Do tego ciągle jestem zmęczony, bo postanowiłem po zimie trochę zadbać o siebie. Znowu jakieś przebieżki, trochę ćwiczeń na siłowni, trochę basenu. Żeby czasowo się wyrobić, od miesiąca wstaję prawie godzinę wcześniej. Kurwa!!! Ja lubię spać!!!

I taki się czuję ujebany tym wszystkim…

Dla relaksu słucham muzyki. Różnej.

Na dziś cztery niepasujące do siebie kawałki.

Rainbow – Stargazer - to nagranie „od zawsze” dobrze mi robiło. To może i teraz pomoże

Stanisław Grzesiuk – Apaszem Stasiek był - płyta z tą i podobnymi piosenkami Grzesiuka nie wychodzi z samochodowego odtwarzacza. Ot dla klimatu.

Therapy? – Diane – cover lepiej brzmiący od oryginału. Mocny tekst. Świetnie zagrane.

Pink Floyd – Corporal Clegg – bo dobrze mi robi słuchanie czegoś takiego.

Jak sobie popisałem, trochę mi ulżyło. Ale nie na długo. Rano mam spotkanie ze swoimi pracownikami. I, szczerze mówiąc, mam ochotę im jebnąć. Ot tak za całokształt.

Pozdrawiam

 

A miało byc tak pięknie…

O 6:30 (środek nocy) wyleciałem z Okęcia w Warszawie do Brukseli.

Na 5 minut przed lądowaniem, kilka minut po 8:00 pilot ogłosił, że są pewne „security reasons” i musimy polatać nad Brukselą jeszcze chwilę. Pomyślałem sobie, że mi się nie spieszy. Spotkanie mam od 10:00. Kupa czasu. Metrem 15 minut z lotniska.

Po rzeczonych 5 minutach z tych samych „security reasons” przekierowano nas do Liege. Tam pokwitłem sobie niecałą godzinę i, po sprawdzeniu wszystkich opcji, doszedłem do wniosku, że lot powrotny też mi się nie uda. Bilet mam z Brukseli.

Wziąłem taksówkę i pojechałem na Charleroi. Ktoś powie, że można było pociągiem. Można, ale nie po informacji o zamachu w metrze. Metro, pociąg. Tak samo słabo komponuje się z bombą.

I teraz kwitnę sobie na Charleroi. Samolot mam o 21:00. W domu będę koło północy. I gówno załatwiłem, bo te bomby w metrze wybuchły niedaleko centrum konferencyjnego, do którego miałem dojechać.

I skojarzył mi się tekst z Vabank II. Wycieczka do Zegrza… I kto to zrobił…?

Pozdrawiam, kwitnąc wiosennie na Charleroi

Dwa

Ostre jedzenie pali, podobno, dwa razy…

Wczoraj poszedłem z przyjaciółmi do meksykańskiej restauracji. Po wyborze dań, padło pytanie: jak ostre ma być danie? Ja wybrałem bardzo ostre…

Pali dwa razy… Potwierdzam…

Ale smakowało zajebiście. Żeby nie było, że same cierpienia mi zostały w pamięci.

Dla zachowania klimatu Speedy Gonzales.

Pozdrawiam

Smutny dzień, przynajmniej dla mnie

Zmarł Lemmy.

Wielu nic to nie powie. Ci, którym powie, wiedzą o kim piszę.

Zmarł, trochę pewnie na własną prośbę. Kilka dni temu, we wpisie świątecznym życzyłem Mu kolejnych lat. Wytrwał tylko 4 dni.

Kontrowersyjny, ale niepowtarzalny. Takim Go zapamiętam.

Jeden z klasyków Motörhead – God Was Never On Your Side.

Pozdrawiam

Poświęta przyszły

Poświęta, w tym roku, mam baaardzo leniwe.

Do pracy wracam dopiero w styczniu. I to dopiero (kolejne) 11 stycznia.

Rozleniwiłem się już przez kilka dni. Sam się boję co będzie jak minie ten cały czas. Z jednej strony nadganiam zaległości, na które nie ma czasu przez cały rok, z drugiej odsypiam (to też rodzaj zaległości).

Święta minęły i następne dopiero wiosną. Przekonałem się, że z wiekiem ubywa nam sprawności umysłowej. Nie, nie przekonałem się na sobie. Na mojej mamie. po raz pierwszy była na Wigilii ciałem, ale duch krążył gdzieś w okolicach wczesnej młodości, wspomnień Wigilii w Jej rodzinnym domu, zachwytów (myślę, że szczerych) nad samą Wigilią. Ale kontakt z Nią był raczej ograniczony do wypowiadanych pojedynczych zdań. Cóż. Starość. Niestety. I nic się z tym nie da, raczej, zrobić. Pogorszenie, tak bardzo widoczne, to kwestia ostatnich tygodni. Ale cóż, może będzie lepiej.

Muzycznie chodzi za mną Motörhead. Może to kwestia niedawnych urodzin Lemmiego. Szczególnie dwa kawałki nie dają  mi spokoju.

Love me like a reptile i Motörhead. Pamiętam jak chodziłem do szkoły średniej, jeden z kolegów powiedział coś w tym stylu: Lemmy to taki zgred, ma ze 40 lat… Ten „zgred” gra do dziś mając 70.

Oddalam się odpoczywać dalej. I popadać w stan coraz dobitniejszego posiadania wszystkiego w głębokim poważaniu. Jeszcze przez dwa tygodnie!

Pozdrawiam

Wesołych Świąt

Życzę wszystkim czytelnikom bloga.

Spokojnych, zdrowych, rodzinnych, bez codziennego obłędu.

Specjalne życzenia otrzymuje Lemmy. Kończy dziś 70 lat. Graj nam kolejne 70!

Pozdrawiam wszystkich światecznie.

Zawiśnij…

W czasach szkolnych trenowałem piłkę ręczną. Nie była to długa przygoda, ale trochę potrenowałem i pograłem.

Ze wszystkich ćwiczeń, poleceń wydawanych przez trenera, do dziś pamiętam jedną komendę.

„Jak rzucasz to wyskocz ponad obronę przeciwnika, zawiśnij, poczekaj aż obrońcy opadną i rzucaj na bramkę…”.

Wszystko potrafiłem zrobić, ale to „zawiśnij” słabo mi wychodziło. Zrezygnowałem z treningów załamany. No nie nauczyłem się zawisać.

Pozdrawiam