Kłopoty z pamięcią

Wylądowałem dziś w hotelu Baranowski w Słubicach.

Hotel znam od lat. Czasami tu nocuję w drodze do Niemiec.

Tak jest i tym razem.

Przyjechałem około 21:00 i stwierdziłem, że to najwyższa pora na zjedzenie czegoś. Żeby nie kłaść się spać z pełnym żołądkiem.

Weszliśmy małą, trzyosobową, grupką do hotelowej restauracji. Po jakimś (zbyt długim jak dla mnie) czasie pojawił się kelner, przyjął zamówienie i oddalił się spokojnym krokiem.

Napoje podał po chwili. Po dłuższej chwili, pojawił się ponownie. Myśleliśmy, że przyniósł nasze dania. A tu skucha. On przyszedł zapytać co my właściwie zamówiliśmy… Bo mu się pomieszało. Zamówienia próbował zapamiętać, ale widać nie potrafił. Na dogrywkę przyszedł jednak z kartką. Jakby to było inne miejsce, inna pora, inne okoloczności wyszedłbym bez słowa. Powoli jednak z „po 21:00″ zaczęło się robić „przed 22:00″ i poszukiwanie lepszej knajpy, o tej porze, nie wchodziło w rachubę. Ostatecznie jedzenie do nas dotarło po ponad godzinie oczekiwania. Na standardy restauracyjne to poniżej krytyki.

A kelner? Nawet  nie przeprosił. Jego napiwek, jeśli nawet był początkowo kalkulowany, poszedł się jebać. Na jego osobistą prośbę.

Hotel polecam. Restauracja też jest niezła, ale takiego pierdoły to ja tam nie pamiętam… A bywam tu od ponad pięciu lat.

Pozdrawiam

O weselu słów kilka

W sobotę byłem na weselu. Przed weselem był ślub, ale ślub jak ślub. Piękna panna młoda, pan młody poprawny. Tłum ludzi. I tyle.

Ale wesele zwróciło moją uwagę kilkoma szczegółami, które zapadły mi w pamięci.

Po pierwsze. Po cholerę zabierać na wesele dzieci? Nie takie przedszkolne czy szkolne. Takie zupełnie małe, w wózkach. Dla każdego przygotowane miejsce przy stole, ale… na sali pierdolnik. Bo miejsce jest dla każdego, ale nie dla dzieci w wózkach. Rozpychają, więc, mamusie krzesła. Ścieśniają innych gości. Bo pociecha musi się przy stole zmieścić. Pociecha ma to głęboko w pieluszce, bo ma, góra, 3-4 miesiące. Ale mamusia musi pochwalić się pociechą. Żeby inni byli tak samo zadowoleni jak ona. Wywija betem z pociechą wewnątrz tak skutecznie, że zmusza roznoszących potrawy kelnerów do korzystania ze sztuki uników. Ale ona i pociecha są najwazniejsi. Nawet para młoda nie jest tak ważna.

Po drugie. Po raz pierwszy trafiłem na wesele, na którym oprawę muzyczną zapewniał zespół rozrywkowy o korzeniach jazzowych. Grali muzykę rozrywkową, ale w stylu i repertuarze nieprzystosowanym do wesela. Cóż. Gości do tańca porwac było im dość trudno. Bardziej pasowali to klubu lub jako tło w jakiejś dobrej restauracji. Bardziej do słuchania niż do zabawy.

Po trzecie. Znowu dzieci. Tym razem starsze. Tu młodzi zadbali, żeby dzieci się nie nudziły. Były 2 lub 3 panie, które zajmowały się latoroślami w czasie, w którym rodzice bawili się na weselu. To było bardzo dobre posunięcie. Dzieciaki miały też swoje 5 minut w konkursach z młodą parą. Naprawdę fajnie to było zorganizowane.

Po czwarte. Taniec z ognistymi kulami połączony z „zianiem” ogniem. Była taka grupa, zaproszona na wesele jako atrakcja wieczoru, która wykonała wspomniany taniec i inne ewolucje, wywijając ognistymi kulami na łańcuchach, żonglując płonącymi tyczkami i wyprawiając inne, dziwne czynności z ogniem w roli wiodącej. Zebrali gorące brawa.

Po piąte. Wesele było bardzo fajne i sympatyczne. Nawet wspomniane na początku dzieci w wózeczkach nie popsuły, ostatecznie, atmosfery. Choć nie wpłynęły na jej poprawę.

Pytanie kiedy następne wesele i związane z nim wrażenia?

Pozdrawiam

Koniec!

Definitywnie zakończyłem sezon letni.

W ostatni wtorek, tydzień temu, odbyłem ostatnie, planowe, pływanie w jeziorze na Kujawach. Woda… zimna. Powietrze nie cieplejsze. Mimo wszystko grzech było nie skorzystać. Wytrzymałem jakieś 15 minut pływania.

W ostatnią niedzielę pojechałem zamknąć sezon windsurfingowy do Mrągowa. Jak pusto było na wodzie… Nasza trójka, żegująca na deskach i… nikogo oprócz nas. Po dwóch i pół godzinie takiego surfowania… kąpiel. Ostatnia, jak myślę, w tym sezonie.

I cóż. Przyjdzie poczekać do następnego sezonu. Zostaje salka do ćwiczeń i basen… To już nie to samo.

Znowu nastała jesień… Zaczekam. Wytrzymam jesień, zimę i wiosnę. Latem znowu wrócę nad jeziora.

Pozdrawiam, juz jesiennie.

Widziały gały

Poszedłem kilka dni temu po zakupy. Ot w spożywczym (samoobsługowym) masło, pieczywo, jakies owoce, itp. Kupiłem, zapłaciłem, spakowałem sobie do siatki. Wróciłem do domu. Pochowałem wszystko na swoje miejsce.

Przyszła pora kolacji. Ukroiłem chleb, wyjąłem masło. Rozwinąłem opakowanie i… kurwa!!! To nie masło tylko jakiś pieprzony miks. Ale tak opisany, żeby z wyglądu opakowania, był łudząco podobny do masła. Jak się przyjrzałem z bliska i uważnie napisom okazało się, że jednak jest to miks a nie czyste masło. Trudno. Widziały gały co brały. Profilaktycznie kupiłem kostkę prawdziwego masła, trzykrotnie czytając co, do cholery, kupuję. Ale dopiero następnego dnia.

Wcześniej poległem na śmietanie. Również spożywczak. Również samoobsługowy. Potrzebowałem śmietanę 18%. Nie było tej, do której się przyzwyczaiłem, wziąłem więc jakąś inną. W domu odpakowałem i zdziwił mnie nieco smak. I znowu uważne spojrzenie na opakowanie. Kurwa!!! To nie śmietana! To miks śmietankowy. Z jakichś tłuszczów roślinnych i innego gówna. Ale cóż. Widziały gały co brały.

Mimo, że czytam etykiety, żeby uniknąć tego typu niespodzianek, dwa razy dałem się oszukać. Bo nie czarujmy się. te opakowania są po to, żeby takich gamoni, kupujących w pośpiechu, po prostu oszukać. Podświadomość widzi słowo Ekstra i rozumie masło. Widzi Śmietankowy czyta Śmietana.

Postanowiłem, więc, uczyć swoje gały lepiej widzieć co mam brać. Bo takich „kwiatków’ jest więcej. Niestety

Pozdrawiam

Rozterki

Każdego pewnie ojca dopadają rozterki związane z własną córką. Wiadomo. Córeczka jest tatusia. Czy to się komuś podoba czy nie. Świetnie oddaje te rozterki piosenka Tomasza Jachimka.

Skąd się bierze taka zazdrość o potencjalnego partnera? Nie wiem. Ale coś w tym jest. Wiem coś o tym…

Z innej beczki. Chodzi za mną kilka tematów muzycznych.

Na początek coś z klasyki. Vanilla Fudge w piosence You keep me hangin’ on. Temat przyplątał się do mnie lata temu. Przyniósł go kuzyn. Rozmiłowany w muzyce z lat 60-tych. I tak wracam sobie do tego wykonania. Raz na jakiś czas.

Drugi temat to pokłosie mojego wyjazdu do Niemiec. Wszedłem do jakiegoś marketu kupic sobie coś do picia. W niewielkim miasteczku na południu Niemiec. W kącie znalazłem stojak z płytami. W oczy rzuciła się płyta pod tytułem Skills in pills sygnowana nazwiskiem Lindemann. W ciemno rzuciłem do koszyka. I nie żałuję. Płyta w bardzo specyficznym klimacie. Z płyty wybrałem piosenkę Praise abort. Ciężko wrzucić inny tytuł, bo w większości są one poblokowane na YT.

Życząc miłego słuchania

Pozdrawiam

Czy jestem sułtanem?

Kupiłem dziś salceson. Salceson bardzo smaczny. Salceson… sułtański.

Do tej pory sułtańskość kojarzyła mi się z władzą. Przepychem. Dalekim Wschodem. Ale czy sułtan je salceson?

Był jeszcze kiedyś krem sułtański. Może wciąż gdzieś jest. W jednym z odcinków „Czterdziestolatka” (chyba), Madzia Karwowska delektuje się w Hortexie takim kremem.

Siedzę więc sobie, zajadam kanapkę z salcesonem sułtańskim i czuję się jak sułtan. Kremu sułtańskiego, niestety, nie mam.

Do kompletu słucham sobie Sułtanów swingu.

Z sułtańskim pozdrowieniem

Dzieciom

Warszawskim Dzieciom w rocznicę Powstania Warszawskiego.

Uczcili to również Słoweńcy z Laibach. Ciekawe, co skłoniło ich do wykonania tej piosenki?

Pozdrawiam

Chwilkę mnie nie było

Ale byłem, za to, na urlopie. Nie da się być na blogu i na urlopie jednocześnie.

Ale juz tydzień po urlopie i prawie o nim zapomniałem. Praca i przyziemne sprawy nie dają o sobie zapomnieć.

Co  nie zmienia faktu, że każdy weekend wykorzystuję jak maleńkie urlopiki. Wyjeżdżam na Mazury. Katuję się na windsurfingu i od poniedziałku chodzę cały obolały. Jak nie w pracy, więc niewielka namiastka urlopu jest. I żyję od weekendu do weekendu. Łatwiej przetrwać te pięc dni pracy. To tylko pięc dni, a potem MAZURY!!! I tak do końca września.

Na urlopie, poza zwyczajowymi i planowanymi, przyjemnościami, poznałem Henia… Henio to chłopiec lat 4. Mieszkał z rodzicami w tym samym pensjonacie. Znalazł w jeziorze, przy brzegu, pływającą do góry brzuchem, rybkę. Żywą, ale ledwo. Wyłowił i postanowił, że przetrzyma ją w swoim basenie (miał taki malutki, plastikowy). Po jakimś czasie dał się, jednak, przekonać, że rybka może tego nie przetrwać. Zgodził się rybkę wypuścić, ale wyrecytował swoje trzy życzenia. Takie dziecinno-przedszkolne. Taki jasny punkt wakacji, ten Henio.

Poza tym słodkie nicnierobienie (w wolnych od windsurfingu chwilach).

Teraz tylko sobie troszkę żałuję, że już jestem po urlopie, a inni jeszcze nie… Ale planuję jeszcze ze 2-3… dni w sierpniu. Szaleństwo będzie.

Czego wszystkim życzę.

W ostatnią sobotę byłem w Mrągowie. Na miejskim „molo” grała czwórka młodzieży. Trzy dziewczęta lat około 16-tu na skrzypcach i młodzieniec w podobnym wieku na gitarze i jakimś pudeku z tarką (podobno profesjonalnym). Na otwartym futerale od gitary była kartka, że zbierają na wakacje. Ubrani bardzo schludnie (białe bluzeczki dziewcząt i biała koszula młodzieńca), grali klasyczne melodie filmowe, standardy muzyki klasycznej i popularnej. Postanowiłem ich wesprzeć. Umilają mi popołudnie, to niech mają. Ale nie byłbym sobą jakbym czegoś nie wymyślił. Zaproponowałem im dychę wsparcia za samo słuchanie tego co grają albo pięć dych jak zagrają na swoich instrumentach cokolwiek z repertuaru Rammstein. Poddali się… Ledwo wiedzieli co to jest Rammstein… Dałem dychę i zasugerowałem dopracowanie repertuaru. Zapowiedziałem powrót… :-)

A mogli zagrac choćby tak wakacyjną piosenkę jak ta. Może bardziej widoki na teledysku są wakacyjne niż piosenka, ale nie bądźmy drobiazgowi.

Pozdrawiam

Odwrócone życie

A gdyby tak na życie spojrzeć odwrotnie:
Gdyby czas płynął w druga stronę czyż nie byłoby to piękne…
Zaczyna się od tego, że kilku gości przynosi ciebie w skrzyneczce i od  razu trafiasz na imprezę.
Żyjesz sobie spokojnie jako starzec w domku. Stajesz się coraz młodszy.
Pewnego dnia dostajesz odprawę w postaci grubszej gotówki i idziesz do pracy.
Hę! Pracujesz jakieś 40 lat i poznajesz uroki życia.
Zaczynasz pić coraz więcej, coraz częściej chodzisz na imprezy no i coraz częściej uprawiasz seks. Jak już masz to opanowane, jesteś gotów żeby trafić na studia.
Potem idziesz do szkoły. Coraz mniej od ciebie wymagają, masz coraz więcej czasu na zabawę. Robisz się coraz mniejszy, aż trafiasz do… hmm, gdzie pływasz sobie przez 9 miesięcy wsłuchując się w uspokajający rytm pracy serca.
A potem nagle………….
Twoje życie kończy się orgazmem.

 

Brzmi nieźle…

Tematycznie, Pokahontaz – Życie jest piękne.

Pozdrawiam

Urwanie jajec

Od miesiąca nie mam czasu napisać choćby krótkiej notki. Tematy się zbierają, ale życie koryguje plany.

Ostatnie dwa tygodnie dokopały mi jednak tak, że dziś, po raz pierwszy od dawna, padłem bez życia po powrocie do domu. Najbliższe tygodnie (a może nawet miesiące) rysują się nie lepiej. Jedynym jasnym punktem jest zaplanowany urlop. Juz za tydzień! I tylko to trzyma mnie przy życiu.

Na co dzień, jednak, tzw. urwanie jajec.

Mama, po raz kolejny postanowiła uatrakcyjnić weekend. Poprzedni weekend i początek tygodnia to szpital, lekarz i tym podobne atrakcje. Bo mama się solidnie porozbijała. Nawet bardzo solidnie.

Do tego wszystkiego nawał pracy. Zbieranie jobów za „wyczyny” swoich pracowników.

Wspaniale, kurwa, wspaniale. To jedyne co mi przychodzi do głowy.

A tak w ogóle to skojarzyły mi się dwie piosenki. Każda „z innej parafii”. Grunt to rodzinka i Mother. I nie do końca wiem dlaczego akurat te. Ale czy ja muszę wszystko wiedzieć?

Pozdrawiam